Katarzyna Bonda: Powtórzyć sukces jest jeszcze trudniej, niż odnieść go po raz pierwszy” – nie w tym przypadku!

Katarzyna Bonda – niepokorna, silna i bezkompromisowa autorka kryminałów. Z pasji i przekonania, że warto się poświęcić temu, co się kocha, zdobyła szczyty list bestsellerów ostatnich lat.

Katarzyna Bonda. Foto Anna Dziewulska Photography

Wprowadziła do literatury pojęcie profilera, a jej tetralogia o Saszy Załuskiej, która kończy się Czerwonym pająkiem (premiera: maj 2018), zajrzała do najdalszych domostw. O tworzeniu, trudzie i lansie rozmawiała z naczelną portalu Obcasy.pl Moniką Rebelak.

Margot Fontaine powiedziała: „Powtórzyć sukces jest jeszcze trudniej, niż odnieść go po raz pierwszy”. W Pani przypadku to nie funkcjonuje. Każda pojawiająca się książka jest bestsellerem.

  • W ogóle nie traktuję tego w kategoriach sukcesu. Kiedy siadam do książki, nie zakładam, że tak właśnie się stanie. Mierzę się wtedy z osobistą górą. Jest to swego rodzaju gra jednej na jedną – książka i ja. Ta walka musi się odbyć we mnie. I w momencie kiedy zawładnę tą przestrzenią – wejścia na górę – to wtedy ją pokonam. Wszystko odbywa się w czterech ścianach, przy moim biurku, niewidoczne, choć bolesne, bo ponoszę bardzo wiele porażek. I one są tu kluczem. Czytelnik czuje szczerość mojego zaangażowania i wielką chęć opowiedzenia konkretnej historii. To, co się dzieje wokół, w sensie sukcesu komercyjnego, czyli sprzedaż, to jest już zasługa mojego wydawcy.

Wszystko w jego rękach!

  • Taka jest prawda. Mam dobrego wydawcę i bardzo dobrego partnera w jednym. To tak jak w małżeństwie. Jeśli wybierzemy dobrego męża, to będzie lżejsze życie. Jeśli żyjemy z kulą u nogi, z kimś, kto podcina nam nieustannie skrzydła, to daleko nie zajdziemy. Bardzo zwracam uwagę na to, z kim pracuję, kto jest moim sojusznikiem i z kim walczę!

Ale wracając do sukcesu…

  • Owszem, osiągnęłam taki poziom, że podając tytuł książki, nie muszę tłumaczyć, kim jest jej autor. Mówię: „Bonda” i wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. Ale najważniejsze nie są pieniądze, chwała, tylko ten rodzaj wejścia do serc czytelników. Osiągnęłam taki poziom, którego już nie przeskoczę.

I udało się Pani zawładnąć sercami milionów…

  • O tak, widać to po wysprzedanych egzemplarzach, poprzez liczbę krajów, które wykupiły moją książkę, czyli tłumaczeń i samych czytelników. Ten sukces jest widoczny również w aspekcie finansowym. Moje życie się poprawiło. Myślę, że w tych kategoriach też warto patrzeć.

Czy pojawiła się myśl przy pisaniu kolejnej: czy będzie tak dobra?

  • Było bardzo trudno ten przysłowiowy tron utrzymać. Miałam takie odium – napiszę tę książkę, ale czy jej nie położę na tyle, że będzie źle?

Chodziło o nadmierną troskliwość? O dopieszczenie i myślenie w zindywidualizowany sposób nad każdą osobą?

  • Tak, bo bardzo szanuję każdego czytelnika. Ludzie mi to oddają. Przyjeżdżają z drugiego końca Polski, czasem i ze świata, na moje spotkania. Przynoszą różnego typu prezenty. Niedawno byłam w Gdańsku na targach i ludzie przynieśli mi śledzie, bo wiedzą, że nie jadam cukierków, ale śledzie lubię, i owszem. Znają takie szczegóły z mojej egzystencji. Kiedy dostaję gift i widzę, że ktoś dopasował ten przedmiot do mojej osobowości, zadał sobie trud, żeby mnie poznać, to mnie to absolutnie ujmuje. Wracam wtedy do takiej przestrzeni skromnej i szczerej Kasi Bondy – małego dziecka, które jest ciekawe świata. I ta ciekawość jest niezbędna w przypadku osób, które zajmują się pisaniem. Same spotkania z czytelnikami to za każdym razem rodzaj święta.

Na które szczególnie trzeba się przygotować?

  • Oczywiście! Zawsze to mówię. Dzisiaj wszyscy to kopiują, ale jeszcze parę lat temu pisarze nie przywiązywali takiej wagi do swojego stroju. Przychodzili w swetrze, tak jak chodzili. Poprzez strój, uśmiech wyrażam swój szacunek do czytelnika, choć na początku dostawałam za to po głowie. Wylewano na mnie wiadro zimnej wody z powodu ubioru.

Zarzucano, że się Pani lansuje?

  • Tak. Przede wszystkim, że jestem próżna…

No właśnie, co z tym narcyzmem?

  • Jest rozbudowany maksymalnie. Jestem absolutnie narcystyczna i skupiona na sobie.

Czy tak jest od dzieciństwa? Jako skutek „kloszowania” i dawania poczucia wartości przez rodziców?

  • Na pewno ten background z domu jest ważny. A poziom rozpieszczania wynika z faktu, że wzrastałam w poczuciu, że mogę wszystko. Jeżeli będziesz mocno pracować, będziesz merytorycznie wiarygodna – ten rodzaj warunku musi być spełniony – to osiągniesz sukces. To, że byłam rozpieszczana, to jeszcze nic, to nie było na pusto. Miałam w sobie duży potencjał pracy. Od dzieciństwa grałam na fortepianie. Jeżeli nie ma się tego wyniesionego z domu, to można to, owszem, później zbudować w dorosłym życiu, ale wymaga to odpowiedniej terapii i odpowiednich ludzi wokół, którzy ci to dadzą. Ja to miałam.
Katarzyna Bonda. Foto Anna Dziewulska Photography

Czy jest to również kwestia narzucenia pewnego systemu, w który wejdziemy?

  • Też, ale gdybym nie miała w sobie narcyzmu, egocentryzmu, próżności i tych wszystkich cech alfa, w ogóle bym pewnie nie pisała książek. Pamiętam, że jeszcze w szkole śmiano się ze mnie. Pamiętam kolegów, którzy zawsze „przygadują”. Niby im się podobasz, ale nie są zbytnio przyjemni. Jeden z nich kiedyś zapytał „Czemu ty się cały czas pytasz: dlaczego? Książkę piszesz?”. Oczywiście, że nie miałam wtedy żadnego planu pisania książek. Ale w tym widzę klucz. Rzeczywiście ta ciekawość świata w tym przypadku procentuje. Jeżeli nie ma się w sobie takiej przestrzeni i spojrzenia w siebie, to sama próżność nie przyniesie efektu. Wtedy byłabym zupełnie inną osobą. Czy wtedy chciałabym pisać książki? Nie sądzę. To jest niewdzięczna robota. Długa forma wymaga ogromnej konsekwencji i dużych ofiar w stosunku do siebie.

W Pani przypadku ofiary były wielkie i opłakane.

  • Ból i zrujnowane życie osobiste.

Czy jest możliwe, żeby to wszystko pogodzić?

  • W tamtym momencie się nie udało. Podczas rozstania z ojcem Niny stanęłam przed wyborem: albo podążam tą ścieżką, bo chcę pisać książki, prowadzić działalność artystyczną, albo pozostaję w „tamtym” życiu.

Ale głęboko Pani wierzyła?

  • Tak, choć brakowało w tym zysku. Zawsze mówię, że motywacja finansowa nie jest dobra. Uważam, że najpiękniejsze i najważniejsze projekty, dla przykładu to, co robił Steve Jobs, były tak naprawdę z brzucha. Nawet nie z serca czy głowy. W momencie kiedy solidnie pracujesz i doskonale jesteś przygotowana, to zaczyna przynosić pieniądze. Od dziecka słyszałam, że dobra praca w pewnym momencie musi być dobrze wynagradzana. Dlatego wierzyłam, że to musi nastąpić. Pomagał mi feedback od czytelników. Pierwszy nakład liczył pięć tysięcy. Byłam wtedy związana z małym wydawnictwem. Powieści kryminalne nie cieszyły się jeszcze taką popularnością. Poza mną pisali: Zygmunt Miłoszewski, Marek Krajewski, Mariusz Czubaj. To była stara liga. Grupa ludzi, która spotykała się w krakowskiej piwnicy na festiwalu. Moja mama, która miała bardzo wyrafinowany gust literacki, była załamana, że napisałam książkę z gatunku „kryminał”. Wstydziła się mówić o tym koleżankom. Później oczywiście była ze mnie dumna. Mnóstwo czynników się na to złożyło. Wyczekałam, ale troszkę wychowałam sobie nowe pokolenie czytelników.

Za chwilę będzie premiera Czerwonego pająka. Czy te nawiązania do metaforycznych znaków wody, ognia, powietrza mają jakieś podłoże?

  • Oczywiście, że tak.

Czy ta emocja będzie bardziej widoczna w czwartej części?

  • Jak najbardziej. Jestem przekorna, więc będzie i krew. Nie tylko woda (śmiech). Pamiętam, że w czasie, kiedy wymyślałam ową serię, chciałam, żeby tam był jeszcze taki dodatkowy background. Nie tylko zbrodnia, ale też kwestia, która będzie łączyć się metafizycznie. Bo opowieść musi także funkcjonować w przestrzeni emocjonalnej i uruchamiać ją. Wszystkie refleksje są ważne. Te emocje dotyczą oczywiście kryminalistycznych motywów.

Kiedy pojawiła się książka Polskie morderczynie, byłam pełna podziwu.

  • Bo był to temat, którego nikt nie dotknął. Teraz oczywiście jest wiele tego typu serii.

Ten styk wypowiedzi i twardych dokumentów nie zapowiadał historii kryminalnych.

  • To wynikało z tego, że po prostu bałam się pisać fabułę. Jeszcze nie czułam się okrzepła jako pisarka. A dziennikarstwo było czymś dla mnie oczywistym, choć ów temat długo się we mnie inkubował. Trochę jak w miłości. Poznaje pani człowieka, jeżeli od razu pójdziecie do łóżka, to nie jest powiedziane, że będziecie razem po grobową deskę. Natomiast w momencie, kiedy poznasz tę drugą osobę, zaiskrzy i nawet się jeśli rozejdziecie, później się spotkacie, jest większe prawdopodobieństwo, że coś się między wami wydarzy. Tak samo było ze mną. Jako sprawozdawca sądowy relacjonowałam procesy i nadal tego tematu, pomimo dużej częstotliwości, nie byłam w stanie w sobie pomieścić. Dopiero po 10 latach wzięłam się za tę książkę. Czas dał mi dystans, pozwolił spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. Powrót do tej rzeki przypadł na okres, kiedy byłam już zupełnie inną, dojrzalszą osobą. To rzutuje na postrzeganie. Dzisiaj nie udźwignęłabym tego. Przy realizacji takiego projektu trzeba mieć wiele sił.
Katarzyna Bonda. Gosia Turczyńska

Dokumentowanie czegoś wydaje się prostsze niż stworzenie fabuły, wyrwanie czytelnika i utrzymanie go przez dłuższy czas.

  • Wręcz przeciwnie. Kiedy pracuje się nad fikcją, ma się wpływ na całość. Kiedy masz do czynienia z dokumentem, wszystkie okoliczności są zewnętrzne. Pamiętam, że pracując nad tym projektem, niejednokrotnie chciałam go pozostawić i zająć się swoim życiem. On mnie jednak wciągał. Przypominało to wchodzenie po schodach. Krok po kroku, choć trwało kilka lat. Temat był ogromnie trudny. Samo obcowanie w przestrzeni zbrodni z emocjami sprawców, niezależnie od tego, czy kłamią, było bardzo obciążające psychicznie i bałam się, że tego nie udźwignę.

Jak odreagować?

Żyć. Po prostu żyć. Mnie pomogła ciąża, bo właśnie w tamtym czasie zaszłam. Oczywiście nikt, łącznie z moim niedoszłym małżonkiem, nie był w stanie zaakceptować tego, że zamierzam jeździć po tych więzieniach z brzuszkiem.

Była to dość odważna decyzja, szczególnie z uwagi na warunki pracy!

  • To była kwestia higieny psychicznej. To była z mojej strony bardzo dobra decyzja. Gdybym nie zebrała tego materiału wcześniej, to myślę, że nic by z tego nie wyszło. Natomiast temat związany ze światłem, dzieckiem, przestrzenią dobra, piękna, z rozkoszą i rodziną po prostu mnie uratował.

To znaczy, że ustawiła Pani inaczej swoje priorytety?

  • Tak. Kiedyś uważałam, że bezdzietni i geje więcej zrobią w sztuce. Dlatego, że nie są w stanie dzielić tej uwagi. Dzisiaj wiem, że to nieprawda. Paradoksalnie to właśnie nas ubogaca. To mnie oczyszcza.

Na pewno uczy doskonałej organizacji, bo nie możemy skupić się tylko na jednym.

  • Niania przychodziła na kilka godzin, a ja w tym czasie pisałam. Nie ma lepszej dyscypliny dla pisarza. Wiedziałam, że mam osiem godzin do pracy, a czasem cztery. Albo w ogóle nie będę miała czasu, ponieważ dzisiaj spędzam czas z dzieckiem. To tak naprawdę bardzo ustawiło moją rzeczywistość. Wszystkie kłopoty przychodzą do nas, żeby nam coś pokazać. Często zmienić rzeczywistość. Tylko wtedy możemy się przeistaczać, kiedy tego doświadczamy. Nawiązujemy do tej zmiany, która na pewnym etapie życia gdzieś się pojawia. Często niewynikająca z naszej decyzji. U mnie tych zmian było mnóstwo. Była tez zmiana dramatyczna i krytyczna. Mam na myśli wypadek.

Czy z perspektywy czasu pojawiła się myśl „Dopuściłam się czegoś strasznego”?

  • Przez trzy lata byłam na psychoterapii, więc ta myśl mnie nie opuszczała.

Jak się Pani udało uwolnić?

  • Najpierw trzeba było zmierzyć się z własnymi demonami. I nie można tego zrobić samemu, bo się nie uda. Cały sztab ludzi był zaangażowany w to, abym z powrotem stanęła na nogi. Nie wierzę w to, że ktoś nagle w cudowny sposób ozdrowiał i tak mu się po prostu stało. Nie wierzę też w ozdrowienie za pomocą miłości. Ten sposób uniesienia jest chwilowy. Doświadczenie takiej kompletnej niemocy, bycia w studni i depresji czy myśli samobójczych pozwoliło mi zapisać zbrodnie w analityczny sposób. Dzisiaj potrafię już o tym mówić, ale nigdy nie zapomnę, to na zawsze pozostanie we mnie. Wszystkie doświadczenia, które mamy, w nas zostają. Trudno to zaakceptować.

Jeżeli mamy zrobić ten krok dalej, to musimy zaakceptować siebie w tej sytuacji. Oczywiste jest, że o tym nie zapomnimy.

  • To nawet nie chodzi o akceptację, to raczej integracja. Możemy to tylko i wyłącznie zintegrować, jako część swojego życiorysu. Spojrzeć z dystansem, ale pamiętać, że wtedy postępowało się inaczej, było się inną osobą, i zadać sobie pytanie, z czego to wynika. Nic nie dzieje się przypadkowo. To, co nas spotyka, jest wynikiem różnego rodzaju prześwitów.

Zastanawia się Pani, z czego to się bierze i kto tym steruje?

  • Oczywiście. Uważam, że porządek świata jest absolutnie genialny. Nie ma chaosu. Wierzę w Boga, w wielką energię, która administruje tą rzeczywistością. Wierzę w przestrzeń emocji i myśli. Warto zastanowić się dwukrotnie, zanim się czegoś zapragnie, o czymś zamarzy. Bo to się na pewno spełni.

Uważaj na swoje marzenia, żeby nie było za późno.

  • Czasem chcemy czegoś, ale to wcale nie znaczy, że tego potrzebujemy. Czasem nie potrafimy bez tego żyć. Mimo że wiemy, że to będzie nas krzywdzić, będziemy do tego dążyć. Patrząc z perspektywy 40-letniej kobiety, nie jestem pewna, czy jeżeli byłabym mądrzejsza, to dałabym radę cokolwiek przewidzieć, zmienić, czy wydarzyłoby się inaczej. Na pewno wierzę w los.

Wtedy potrzebowała Pani odpoczynku i może to by wystarczyło?

  • Mogłam wiele rzeczy zrobić. Tylko czy gdybanie i zastanawianie się cokolwiek by zmieniło? Byłabym ostrożna z takim zastanawianiem się, czy doszło do błędu, czy mogłam tego uniknąć. Biczowanie się w celu poprawienia sytuacji.

Tylko po co?

  • No właśnie. Ta integracja i przestrzeń błędu są kluczowe. Ponosimy ten rodzaj klęski codziennie, choć w bardzo różnych sytuacjach. I to nie dotyczy tylko wielkich spraw. Bardzo wierzę w małe decyzje, które rzutują na nasze życie. Bo kiedy przychodzi nam podjąć dużą decyzję, to bardzo długo się nad nią zastanawiamy. A na co dzień czy pójdzie pani w prawo, czy w lewo, to decyduje w danej chwili. Uważam, że istnieje coś takiego jak siatka czasu i przestrzeni. Raz na jakiś czas są takie węzełki, na które trafiamy. Pewne rzeczy muszą się zdarzyć.

Zawsze myślimy, żeby jakoś te węzełki rozplątać.

  • Zawsze? Czasem można je przeciąć, czasem pozostawić.

To na pewno zależy od punktu widzenia i osobowości. Wydawałoby się, że Pani jest taką osobą z jednej strony komunikatywną, z drugiej percepcyjną i zdystansowaną. Czasem bezwzględną.

  • Dlaczego? Podoba mi się ten komplement. (śmiech)

Patrzę na Katarzynę Bondę, obserwuję ją od powieści Morderczynie polskie i widzę niesamowitą konsekwencję i determinację. Troszeczkę później odwagę. Bardzo podobało mi się zdanie „Nic dobrego nie stworzymy z komfortu”. Czyli ze spokoju i odwagi.

  • A skąd ta bezwzględność?

Pojawiła mi się ona w myślach.

  • Dla siebie samej jestem potwornym tyranem, często bezwzględnym. Słynę też z tego, że od ludzi, z którymi pracuję, oczekuję konkretów i nie ma miejsca na elementy niedociągnięć. Bardzo cenię dobrze wykonaną pracę. Natomiast w przestrzeni osobistej, ludzkiej, kobiecej jestem zupełnie inną osobą. Nie wiem, czy ten dualizm jest normalny. Czy dobry, czy zły. Przez to, że od lat funkcjonuję na wojnie, którą jest zapis.

Kiedyś damsko-męskiej?

  • Nie walczę z mężczyznami w żadnym przypadku. Wierzę w wizerunek faceta jako skały. Który będzie oparciem i potrafi zdjąć z nas wszystkie te ciężary, których nie powinnyśmy nieść. Istnieją tacy. Uważam, że kiedy jest wojna w domu, to jest, ale w życiu trzeba oddychać. Mam opinię osoby zorganizowanej, stanowczej i bez skrupułów, która przeprowadza różnego typu akcje.

Ale tylko te z powodzeniem?

  • Owszem, bo wchodzę na ring, żeby wygrać!

Czyli jak coś jest niepewne, odpuszczamy?

  • Przez lata byłam samotną matką. Taka kobieta ma tylko siebie, ewentualnie nianię i rodzinę do pomocy. Były takie czasy, gdy pytano, jak moja córka znosi fakt, że piszę książki. Tak samo, jak w przypadku kobiet na wysokich stanowiskach w dużych firmach, gdzie spędzają wiele godzin w biurze? Po napisaniu książki jestem cała dla mojego dziecka i funkcjonuję normalnie. Jest to inny system pracy. Nina jest absolutnie przyzwyczajona do faktu, że piszę. Obecnie bardzo czynnie uczestniczy w produkcji książki. Zadaje przeróżne pytania, wymyśla pseudonimy dla postaci. Wielokrotnie łapie za fragmenty promocyjne moich powieści. Wcześniej jak pisałam jakąś rozmowę z dzieckiem, to z moją córką konsultowałam, czy faktycznie dziecko może tak mówić. Jest to specyficzne. Ale jeżeli ma się dzieci muzyków, architektów, malarzy albo pań, które nie mają roboty – czy te dzieci są szczęśliwsze? Nie wiem.
Katarzyna Bonda. Foto Gosia Turczyńska

Tak naprawdę wszystko zależy od tego, jak kształtujemy dzieci i jak się z nimi łączymy we wspólnym myśleniu. Bo jeżeli dziecko jest szczęśliwe i dajemy mu to, czego potrzebuje, to czego chcieć więcej?

  • Myślę, że jeżeli matka jest szczęśliwa, to i dziecko jest szczęśliwe. Pamiętam czasy, kiedy czułam się zrozpaczona, musiałam zabrać ją z przedszkola prywatnego do państwowego, bo nie miałam pieniędzy. Miałam poczucie, że ją po prostu krzywdzę, niszczę. Że coś straci. Okazało się, że inne rzeczy są ważne dla dziecka. Ważne są emocje, poczucie bezpieczeństwa. Musi czuć miłość. Czeka na moment, kiedy jestem cała dla niej.
    Obecnie organizuję swoją rzeczywistość tak, żeby była podporządkowana mojemu dziecku. Oczywiście nie zawsze się to udaje. Możemy dążyć do ideału i nigdy go nie osiągnąć. Możemy poczuć szczęście, lecz to jest jedynie stan przejściowy. I dobrze. Rozmawiam już z córką i to jest niesamowite. Dzieci wiedzą, wszystko widzą. Jeżeli nie jestem w stanie przez tydzień napisać sceny… I to są dla mnie prawdziwe problemy (śmiech)

Co się wtedy dzieje?

  • Jestem taka wkurzona, że chodzę i warczę. Nie jestem w stanie znaleźć sobie miejsca, sprzątam pomimo tego, że mam panią do sprzątania. Rzeczy przekładam z miejsca na miejsce. Moja córka obserwuje ten stan i próbuje mi pomóc. Chce mnie wesprzeć, zaczyna ze mną rozmawiać. Na przykładzie swoich lektur tłumaczy, jak rozwiązać problem. To jest dla mnie niesamowite, ponieważ wydawało mi się, że dziecko nie może tego czuć. Dla niej ta działalność jest normalna. W tej chwili moja sytuacja finansowa jest inna. Mogę sobie pozwolić, żeby zapisać córkę na francuski i zapewnić jej rzeczy, o których mogłam wcześniej pomarzyć. Jestem z tego dumna, a córka jest dumna ze mnie. Myślę, że warto, aby dziecko identyfikowało się z tym, co robi rodzic. Ja byłam z moich rodziców zawsze dumna. Ma się wtedy na tyle silne poczucie własnej wartości, że chodzi się z podniesioną głową. Nikt nie może tego zaburzyć. Większość problemów młodych ludzi wynika z zaburzonej rzeczywistości. I nie chodzi tylko o patologię, biedę czy jakiś rodzaj emocjonalnych niedostatków. Często można złamać dzieciakowi życie poprzez pijaństwo ojca, gdy matka nie ma siły od niego odejść. Mam wiele takich historii zebranych. Mimo że dotyczą obcych osób, czuję związany z nimi ból i cierpienie.

Czy jest Pani bardzo skupiona na tym, co robi?

  • Ooo tak, jestem tu i teraz. Nie mam podzielności uwagi. Jak robię jedną rzecz, to muszę się na tym dobrze skupić. Jak piszę, to świat przestaje istnieć. Robię rzeczy na 100% i daję całą siebie. Jestem autentyczna w tym, co robię, nigdy nie tworzyłam pod pseudonimem. I nigdy niczego nie robiłam dla pieniędzy. Takie działanie nie przynosi energii. A ona jest potrzebna. Jeżeli działasz z sercem, to ziarno ma szansę zamienić się w roślinę. Jak już napiszę książkę, to wręcz nie mogę doczekać się premiery. Nie po to napi********am te dwa lata w komputer, siedziałam w dresie i nie po to się męczyłam z pisaniem książki, żeby ją teraz schować do szuflady. Ale to też wynika z tego, że obecnie dobrze czuję się sama ze sobą i nie potrzebuję niczyich pochwał. I paradoksalnie im jestem starsza, tym mi z tym lepiej.

Podobno kobiecy mózg musi dojrzeć.

  • Dokładnie. Mózg musi się zintegrować z ciałem.

Miała Pani kompleksy?

  • Miliony. Bimbaliony. Same kompleksy. Nie potrafiłam się ubrać, opanować tremy…

Jak połączyć skromność i występy na scenie?

  • Występy na scenie były czymś, co mnie odsłaniało. Przygotowując utwór, doświadczałam doznań metafizycznych, które są absolutnie intymne. Dostaje pani nuty i tworzy z tego dzieło, które dotyka w brzuchu sekretnej struny, która jest tylko pani. Do tego dochodzi interpretacja. W momencie, kiedy wychodziłam na scenę – mówię o czasach dzieciństwa – ta cała magia musiała być przekazana dalej, do publiczności. Ale nie chciałam się tym dzielić. Jestem introwertyczna, lubię się schować. Do tego strój, w który ubierała mnie mama. Może powinnam była w tym grać, żeby się przyzwyczaić (śmiech), jednak grałam w luźnych ciuchach.

Nie dopasowała się Pani do etykiety artystki!

  • Potrafiłam się w tym zapomnieć i nie miało to nic wspólnego z koncertowaniem. Trzeba mieć w sobie showmana, osobę, która się popisuje, a ja tego w ogóle nie mam i nie miałam. I to mi uświadomiła pani profesor. W pewnym sensie mnie uratowała i jestem jej dozgonnie wdzięczna. Gdybym została pianistką, to byłabym nieszczęśliwą osobą.

Stąd ta sugestia zajęcia się innym obszarem artystycznego tworzenia – choćby fotografią?

  • Jak pani usłyszy po kilkunastu latach wyrzeczeń, że niekoniecznie nadaje się do tego co robi do tej pory… to zapamięta ten moment. Może stąd ojcem mojej córki jest fotograf. (śmiech) Czułam się, jakby mnie ktoś przeciął na pół. Dla mnie to był cios. Byłam wściekła, wyłam z bezsilności. Wtedy nie mówiłam brzydkich wyrazów, ale jedno słowo opisuje ten stan perfekcyjnie… Później było dziennikarstwo. Naprawdę mocno mnie to wkręciło. Do tej pory uważam, że to fascynujący zawód.

I doszło do momentu, gdy ukochany zawód nie sprawia już takiej przyjemności.

  • Zwłaszcza po 10 latach. Kiedy przestaje on być takim lądem do odkrycia, bo się już odkryło imperium i nabiera się ochoty na coś nowego. Koleje losu są niezbadane, przez co nie wiemy, który moment jest ważny. Życie to tak naprawdę zbitka różnych elementów. Wierzę, że jeżeli ktoś jest blisko siebie, jeżeli ma się poczucie szczęścia, a do tego praca daje spełnienie, to warto w to iść. Nie wiem, jak pokonałam pewne przeciwności losu, jak przeszłam przez te trudności, ale wiem, że kosztowało mnie to bardzo wiele. Nie robiłam tego z myślą, że pokonam pewne przeciwności, a później – racjonalnie myśląc – będę miała takie efekty. Miałam poczucie, że trzeba je pokonać, warto przejść na drugą stronę rzeki, nie wiedząc, co będzie dalej.

Może warto bazować na wzorach? Niesamowicie ujęła mnie Pani słowami „Naśladownictwo jest największą formą uznania”. Gdy słyszy się to od kobiety, która jako pierwsza zajęła się tą fabułą kryminalną, świadczy to o jej wielkości i szacunku do swojej pracy. Nie czuła Pani buty i pretensji, kiedy pojawiły się zapożyczenia przez innych?

  • Przecież to jest cudowne. To ewidentnie poświadcza, że działania są słuszne. Nikt tego bezpośrednio nie powie, szczególnie na początkowym etapie twórczości. Wstydzą się albo nie chcą gloryfikować. Jest milion powodów, dla których tego nie usłyszymy. Jeżeli jednak widzę, że kopiują moje działania marketingowe, okładki, zapisy, strategie, wrzucanie książek do Biedronki… To samo w sobie o czymś świadczy. Pojawił się news, że Bonda psuje rynek. Dzisiaj udostępnianie książek w marketach jest powszechne.

Nie wszyscy jednak jeżdżą do czytelników.

  • Już bardzo wielu autorów to rozumie i organizuje spotkania autorskie. Uważam, że to jest niezwykle ważne, właśnie patrząc z pozycji czytelnika. Robię to od dawna, dziś robią to wszyscy. Ale co ważne, książka i jej autor schodzą z piedestału, który od zawsze mnie irytował. My nie jesteśmy powyżej, jesteśmy wręcz gorsi. Pisarze mniej wiedzą. Ponieważ żeby opowiedzieć historię, musi pani pochylić kark. Jest to historia opowiadana na ucho. Jest to relacja jeden na jeden, niezwykle intymna. To u pani w głowie się wszystko rozgrywa i to pani uruchamia tę historię. W momencie, kiedy nikt tego nie czyta, książka nie żyje. Moja filozofia szacunku do czytelnika nie sprowadza się tylko do kupna mojej książki. Chcę, żeby ona żyła. Aby czytelnicy wciąż czytali i uruchamiali emocje. Co do naśladownictwa – wiem, że dobrze robię, że słusznie czynię. Jestem szczera, nie ukrywam, że chcę być popularna. Bardzo ciężko na to pracowałam i zaplanowałam, że tak będzie. Mogę się martwić, jeżeli kolejna książka nie znajdzie się w czołówce list.

Co będzie po Czerwonym pająku? Jest pozycja czekająca w kolejce?

  • Nie wiem. Pierwszy raz mam komfort, że mogę się zatrzymać i zastanowić. I to jest zajebiste. Zbudowałam pewien rodzaj historii i ona właśnie się domyka. Każda z tych części, każdy z żywiołów odpowiada za emocjonalne kwestie dotyczące bohaterki. To się bardzo pięknie spina z moim życiem. Podczas pisania to wszystko się łączy, wpływa na to, jaka ta książka będzie. Odbija się na mojej rzeczywistości.

W takim razie jak żyć bez Saszy Załuskiej?

  • Właśnie. Sasza jest osobą po traumie, podobnie jak ja. Ona ma zupełnie inną, ja mam inną. Te żywioły i ich przejście to jest po prostu I-cing. Czyli musi pani przejść te kolejne etapy, kolejne żywioły, żeby się de facto oczyścić. Ten moment po zakończeniu tetralogii jest jednym z ważniejszych w moim życiu.

Czyli zaczynamy skupiać się tylko i wyłącznie na emocjach?

  • Nie. Ja po prostu będę miała chwilę, kiedy będę mogła zdecydować, co dalej. Nigdy nie miałam poczucia, że mogę świadomie wybrać. To świat podpowiadał mi różne rzeczy. Pierwszy raz w życiu mogę doświadczyć wolności, niepodległości i niezależności.

Będzie to wkroczenie w kolejne życie?

  • Tak. A może już nie będę pisać, nie wiem.

Wyobraża sobie Pani taki stan?

  • Z trudem. (śmiech) Nie wiem, ale bardzo się na to cieszę. Trzeba przejść kolejne żywioły. Najpierw powietrze – otwieram okno, wpuszczam do swojego życia świeże powietrze. Jest pani w przestrzeni, w której jest zaduch. Jak się to wywietrzy, można poczuć, że tam jest świat. Potem potrzebuję wyjść z domu i poczuć ziemię – poczuć bezpieczeństwo. Stawiam kroki, czuję grunt. Stojąc na ziemi, muszę się zmierzyć sama ze sobą. Wiem, w jakim tempie idę przez życie. Poznaję swoje wady i zalety. Ogień to jest spalenie wszystkich zaszłości. To jest tak naprawdę metaforyczne oczyszczenie. Po spaleniu zostaje popiół. Obmywam go wodą – ponownie wchłonie się w ziemię. Mam poczucie, że mogę zacząć nowe życie. Nie wiem, co będzie dalej, i jest mi z tym dobrze. Nie wiem, czy będę pisać, co będę pisać, kiedy wyjdzie nowa książka…

Ale też nie wie Pani, jaka książka? Myślałam, że gromadzi Pani materiały na kolejne pozycje.

  • Ależ tak. Tylko jeszcze nie podjęłam decyzji. Mam pełne ręce roboty. Ale pierwszy raz w życiu mogę zdecydować, dokąd zmierzam. A może pojadę do Chorwacji i tam zostanę. Nie wiem.

To w takim razie o czym marzy Katarzyna Bonda?

  • Chciałabym się wyspać. (śmiech) Potrzebuję minimum 10 godzin snu, a śpię po cztery. Mogłabym spać wszędzie, ale nie mogę, bo zbyt wiele dzieje się w moim życiu. Wystąpienia, spotkania, które wiążą się z działalnością pisarską. Szykowanie się do tego daje mi dużo radości – takiej zwykłej, kobiecej frajdy. Bo albo siedzę w domu i piszę, albo wychodzę błyszczeć.

Wspomina Pani o takiej patriarchalnej rodzinie. Twardy ojciec, mama lubiąca przebywać na salonach. Dało się to jakoś okiełznać?

  • Oboje byli bardzo silni. Ojciec był milczkiem, zaś mama błyszczała… On jedynie z boku ją obserwował i był dumny. To spojrzenie władcy, który ma najpiękniejszego ptaka. Jak umierał na raka, powiedział mi: „Wiesz, Kasiu, jak pobieraliśmy się z twoją mamą, to ustaliliśmy, że wszystkie ważne w życiu decyzje podejmuję ja”. On był głową rodziny, mama podejmowała mniejsze decyzje. Okazało się, że w życiu nie ma żadnych wielkich decyzji. Więc całe życie rządziła mama. Wypowiedział to z taką miłością. Pomimo tego, że był umierający, potrafił zachować poczucie humoru. To dokładnie oddaje patriarchat z mojego domu.

Co lubi robić Katarzyna Bonda?

  • Spać. (śmiech) Bo pisać nie znoszę, nienawidzę. Lubię słuchać London grammar. Oczywiście słucham wielu rzeczy, na przykład Bruno Marsa. Lubię Edytę Bartosiewicz, Nirvanę. Ogólnie jestem mocno klasyczna. Kiedyś słuchałam dużo jazzu. Bardzo lubię operę, nawet lubię do niej chodzić. Jest wiele nowych odsłon, ale nie ma to jak Puccini. Pierwszy raz do opery wziął mnie oczywiście mężczyzna. Musiałam do tego dorosnąć, bo wtedy tego nie rozumiałam. W operze wszyscy są tacy teatralni. Wszystko jest na tak wysokim poziomie. Często zamykam oczy i uczestniczę w tej historii miłosnej, odrywając się od rzeczywistości. W tym wypadku jest mi już wszystko jedno, kto gra. Kto jest dyrygentem. Nie przepadam za skrzypcami, ale bardzo lubię trąbki.

Przez lata grała Pani na pianinie, to chociażby po latach musi pojawić się ta muzyczna przyjemność.

  • Postanowiłam, że nigdy nie usiądę do pianina. I nikt mnie nie zmusi. Natomiast w nowym domu myślę, że będę miała pianino. (śmiech) Jedyne, co mnie powstrzymuje, to fakt, że kazaliby mi grać.

Nie tęskni Pani za tym?

  • A tęskni pani za facetem, z którym się rozstała? Zostają pewne wspomnienia, wszystko to, co było piękne, ale nie można drugi raz wejść do tej samej rzeki. Pyta mnie pani, co lubię robić. Uwielbiam podróżować. Wyjeżdżam kilka razy w roku. Teraz mogę sobie na to pozwolić i to jest cudowne.

Jaki kierunek teraz Pani obierze?

  • Nie wiem. Dopiero co byłam w Afryce, na Zanzibarze. Lubię jeździć w miejsca, w których jeszcze nie byłam. Dlatego nigdy nie kupię sobie gdzieś działki, bo wtedy trzeba tam cały czas jeździć. Myślałam nad kupnem ziemi w Grecji. Ale po co mam być w jednym miejscu, jeżeli mogę za każdym razem być gdzie indziej. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi. Jeżeli jadę w podróż, to rozmawiam. Nawet jeżeli jest to język, którego nikt nie rozumie. Pamiętam, jak w Chinach pojawiła się pani, która przeżyła wojnę. Opowiadała mi o tym po chińsku. Byłam tam ze znajomymi i w grupie były osoby, które uczyły Chińczyków angielskiego na uniwersytecie. Poszli coś załatwić, a ja zostałam z tą panią sama. Gadałyśmy, ona zaczęła coś pokazywać. Znajomi wrócili i oniemieli. Ja w ogóle byłam zafascynowana tą panią. Dała nam jeść, pić. Generalnie wbiliśmy jej się do domu. W pewnym momencie któraś ze znajomych zapytała mnie, czy wiem, o czym ona mówiła. Mówię, że tak, była taka wojna itd. Próbowała się dowiedzieć, jakim cudem to zrozumiałam. Ona nie znała angielskiego. Ja nie znałam chińskiego, ale się porozumiałyśmy. Wierzę, że takie historie są ponad przestrzenią werbalną, językową. Emocje podczas rozmowy na to pozwalają. Więc ja ze wszystkimi rozmawiam, ludzie są niesamowici. Uwielbiam jeść na wyjazdach. Uwielbiam muzykę podczas podróży. Zwykle jeżdżę tam, gdzie jest morze albo ocean.

A góry?

  • Chodzenie po nich jest męczące. A poza tym w domu mam góry, więc nie muszę tam jeździć. Potrzebuję morza. Uwielbiam patrzeć na horyzont. Mam zaćmę i ćwiczę wtedy akomodację. (śmiech)

Kończąc naszą rozmowę: czy kobieta w naszej małej Polsce może mieć poczucie odniesionego sukcesu?

  • A dlaczego nie?

Ponieważ często jest stłamszona, ograniczana przez partnera, pracodawcę, rządzących. Często kobiety stają na przeciwnym biegunie niż mężczyźni.

  • Trudno jest mi się odnosić do takich prawdziwych kobiet sukcesu, które działają w branży biznesu, gdzie wchodzą w grę ogromne pieniądze. Nie mam pojęcia. Ja osobiście się z tym nie zgadzam. Uważam, że jeżeli kobieta odniosła sukces i ma tego świadomość, poczucie, i ta walka faktycznie została przeprowadzona i jest to zwycięstwo, to tylko od niej zależy, czy ktoś ją stłamsi. Może to mój narcyzm, egoizm i bezwzględność. (śmiech) Mnie nikt nie jest w stanie stłamsić. Ja na to nie pozwolę.

Może dlatego, że ma Pani w sobie wielką siłę?

  • Trzeba jej poszukać i nie dać się stłamsić nikomu. Ale jeżeli ktoś dał radę osiągnąć sukces, wszedł na tę górę i przewalił tę „kupę gruzu” i jest jeszcze przy tym piękną kobietą, to ma w sobie siłę. Uważam, że jeżeli ona czuje stłamszenie, to ma w sobie niezintegrowane elementy emocjonalne. Na tym polu nie jest spokojna, bezpieczna. Ten sukces jest gratyfikacją tylko i wyłącznie tych elementów. Jeżeli ma się partnera, który tłamsi, to po cholerę z nim być? Osiągając sukces, można go wymienić, prawda? Ja bardzo wierzę w to, z kim się jest. To bardzo rzutuje na wszystkie inne przestrzenie zawodowe. Znam mnóstwo kobiet, które tkwią w, delikatnie mówiąc, toksycznych relacjach. To się odbija na ich życiu. To jest ich wybór i niełatwo komuś doradzać. Wierzę, że tego typu relacje wcześniej czy później pękną. W pewnym momencie coś się załamuje, przychodzi jakiś kryzys, inna kobieta, inne rzeczy. Albo jest to relacja masochistyczna. Czyli ona chce być tłamszona, krzywdzona, i znalazła swojego agresora, który też widzi w tym przyjemność. Takie relacje w końcu też są. Paradoksalnie są one szczęśliwe. To tylko na zewnątrz wygląda kłopotliwie. Jeżeli ktoś próbuje mnie wepchnąć w ramy, na które się nie zgadzam, po prostu w to nie wchodzę. To jest tego kogoś problem. Otrzymuje prostą odpowiedź.

A tzw. słowo boże na niedzielę dla kobiet?

  • Jeżeli coś robią, to niech się nie boją. A jeśli się boją, to niech nie robią.

Rozmawiała Monika Rebelak/Redaktor naczelna

Wpis znaleziono dzięki:

- Katarzyna Bonda

- Czerwony pająk

- Tetralogia o Saszy załuskiej