Rozmowa z Erin Dąbską, prezes Fundacji TV Puls „Pod Dębem”

Erin Dąbska - Prezes Fundacji TV Puls „Pod Dębem”

ERIN DABSKA
Erin Dąbska

Chciałam, aby Fundacja którą stworzę zajmowała się problemami osób starszych. Jest to pokolenie zapomniane, nie radzące sobie ze zmianami jakie się dokonały w Polsce w ciągu ostatnich 25 lat. I zdaję sobie sprawę, że jest to dla nich obca rzeczywistość, w której ciężko im się odnaleźć. Nadszedł moment, w którym wspólnie musimy zacząć zmieniać sytuację ludzi starych w Polsce.

Jak to się stało, że trafiła Pani do Polski? Planuje tu Pani zostać na dłużej, a może na zawsze?

– To prosta odpowiedź. Trafiłam tu przez miłość. Z moim mężem spotkaliśmy się w Stanach Zjednoczonych. Wzięliśmy ślub i przyjechaliśmy do Polski. Polska miała być wielką przygodą na dwa, trzy lata, a mieszkam tu już ponad dwadzieścia pięć lat.

Gdzie się Państwo poznali?

– Podczas kręcenia reklamy telewizyjnej w Stanach. To było jak w filmie: miłość od pierwszego wejrzenia. Ale nie od razu wzięliśmy ślub. Spędziliśmy kilka lat razem, potem trwał okres narzeczeństwa, to był cały proces. Mój mąż był bardzo wytrwały i nigdy się nie poddał, ja zaś poświęcałam się wielu zajęciom i to na nich byłam bardzo skupiona. Wychowano mnie tak, żeby myśleć o swojej przyszłości. Pracowałam, dużo się uczyłam i to było dla mnie wtedy ważne. Ale mąż bardzo się starał, walczył, działał konsekwentnie, aż dopiął swego – wpadł na pomysł, żeby pokazać mi Polskę. To były lata 90., wtedy tu dokonywały się wielkie przemiany. Ja się po prostu zgodziłam i razem z dwoma walizkami przyjechaliśmy do Warszawy.

Jak wyglądało to zderzenie dwóch światów?

– Jeszcze do tej pory o tym myślę. Sama siebie często pytam, jak ja to wszystko przeżyłam, to były naprawdę ciężkie czasy. Tu wtedy nie było nic, było szaro i buro. Byłam po prostu zakochana i chyba tylko dlatego to dobrze znosiłam.

Czy ta rzeczywistość postkomunistycznego kraju Panią przytłoczyła?

– Trochę tak, byłam w szoku. Tyle rzeczy było dla mnie nowych, np. puste sklepy (śmiech). Przez cały czas robiłam co mogłam, żeby jakoś się w tym odnaleźć, to był taki trochę survival. Nie mówiłam po polsku, to była największa bariera w tamtych czasach. Przez to było mi bardzo trudno. Mój mąż pracował, nie było go całymi dniami. A ja musiałam po prostu dać sobie radę, nie miałam tu rodziny, koleżanek, nikogo.

Od czego Pani zaczęła?

– Zapisałam się na Uniwersytet Warszawski, aby uczyć się polskiego. Chodziłam do sklepów, robiłam sama zakupy, poznawałam ludzi. To było trudne. Ludzie nie byli w tamtych czasach jeszcze tacy otwarci, a ja byłam chyba jedynym cudzoziemcem na naszym osiedlu (śmiech).

Gdzie Państwo wtedy mieszkali?

– Na Starym Mieście. Tam społeczność była raczej starsza, tak zwana „twarda Warszawa”. Nikt tam nie był przyzwyczajony do widoku młodej, uśmiechniętej przez cały czas dziewczyny. Byłam dla nich kosmitką i trochę tak się czułam. Po pewnym czasie panie w tych sklepach już się przyzwyczaiły do mnie i do mojego uśmiechu. Mam duży dystans do siebie, i robię po prostu to, co muszę, aby się zaadaptować. W tych sklepach trochę zachowywałam się jak aktorka w teatrze: pokazywałam, robiłam jakieś dziwne gesty. Te panie ze sklepu nie mogły się powstrzymać od śmiechu. Po pewnym czasie zaczęło mi się wydawać, że one specjalnie czekały na mnie, bo miały ze mnie ubaw, mogły się po prostu pośmiać.

Jaki kierunek zawodowy postanowiła Pani wybrać i dlaczego? Od czego Pani zaczęła w tej szarej Polsce?

– Musiałam się choć trochę nauczyć języka polskiego, żeby móc cokolwiek robić. Chodziłam na Uniwersytet Warszawski pieszo, prawie codziennie, na lekcje polskiego. Tam poznałam wiele koleżanek, innych cudzoziemców, w tym także moją przyjaciółkę, z którą dalej mam dobry kontakt. Z nią było dużo raźniej. Byłyśmy w podobnej sytuacji, nawzajem się motywowałyśmy, przeżyłyśmy razem wiele przygód. Myślę, że tak miało być, miałyśmy się spotkać.

Chciałabym, aby Pani opowiedziała troszkę o dzieciństwie, o miejscu, z którego Pani pochodzi, o rodzinie…

– Mój ojciec jest producentem, obecnie już na emeryturze. Zawsze obracałam się w środowisku filmowym, telewizyjnych show i widowisk na żywo. Jednak wybrałam taniec klasyczny – balet. Cała rodzina bardzo mnie wspierała. Żyłam intensywnie: balet, szkoła, taniec itp. Balet jest bardzo wymagający, również psychicznie. W liceum nie miałam zbyt wielu koleżanek, poza szkołą nie miałam ich w ogóle, ponieważ po lekcjach nic innego nie robiłam, tylko tańczyłam. Troszkę brakowało mi tej normalnej codzienności nastolatki. Żyłam inaczej niż reszta ludzi w moim wieku. Dziewczyny nie zapraszały mnie często na imprezy, ponieważ wiedziały, że cały czas tańczę, mam próby, przedstawienia, i że pewnie i tak nie przyjdę. W pewnym momencie poczułam, że już nie chcę tego robić, bo to kosztowało mnie zbyt dużo. Po liceum wybrałam studia – taneczne, ale też producenckie. Byłam wtedy bardzo młoda, miałam wiele różnych talentów. Pracowałam również jako modelka. Podczas kręcenia jednej z reklam poznałam mojego męża. No i to było to, a potem zrodził się pomysł wyjazdu do Polski.

Co na to rodzina?

– Mój ojciec był na „nie”, dla niego byłam najważniejsza. Uwielbiał oglądać mnie na scenie. Mama nie pracowała i miała bardzo dużo czasu na to, żeby ze mną wszędzie jeździć, zawozić. To ona mnie pilnowała, dbała o to, abym się rozwijała.

I w tym wszystkim pojawiła się Polska…

– Ja naprawdę wierzę w to, że ta Polska była mi przeznaczona. Pamiętam śmieszną historię z tym związaną. Kiedy byłam w szóstej klasie, chodziłam na przedmiot social studies – to była tak jakby historia, i mieliśmy lekcje dotyczące Europy. Nauczycielka kazała nam przygotować prezentację na temat wylosowanego kraju. Tak się złożyło, że wtedy wylosowałam Polskę. Teraz to wydaje mi się niesamowite, takie dziwne. Wtedy nie wiedziałam, co to w ogóle za kraj, ani gdzie on leży. Teraz wierzę, że tak miało być z tą Polską. Moje serce wciąż po części znajduje się w Stanach, ale mój dom jest tutaj. Tu urodziły się moje dzieci. Tutaj też założyłam mój pierwszy biznes – studio tańca i fitnessu w Konstancinie. Wtedy to była nowość, a zajęcia sportowe nie były tak popularne jak teraz. Szczególnie te wszystkie warsztaty dla dzieci czy dla kobiet, ale studio odniosło sukces. Pod koniec roku zawsze robiłam wielkie przedstawienie. Do dziś kobiety i dzieci, które uczęszczały na moje zajęcia, wspominają, że to był dla nich bardzo ważny okres, że nigdy o tych czasach nie zapomną.

To wzruszające.

– Prowadziłam to studio siedem lat. Byłam tam nie tylko zarządcą, ale i tancerką, prowadziłam większość zajęć. Miałam pracowników, ale to ja uczyłam ich, jak mają traktować naszych klientów, bo to było dla nich czymś zupełnie nowym. Pracowniczki miały zupełnie inną mentalność. Niedawno dostałam list z podziękowaniami od jednej z moich dawnych współpracowniczek, w którym napisała, że dzięki moim naukom teraz odnosi sukcesy. Obecnie pracuje w Niemczech i napisała mi, że dzięki mnie teraz wie, jak pracować z ludźmi. To bardzo miłe, wielki zaszczyt.

Po jakimś czasie byłam już fizycznie zmęczona tą pracą i musiałam pomyśleć, czym bym się chciała dalej zajmować. I wtedy pojawiła się telewizja. Mój mąż pozyskał największą firmę medialną na świecie, która razem z nim zainwestowała w Telewizję Puls. Następnie sam został na placu boju i dziś to trzecia telewizja komercyjna w Polsce.

Na jakie przeszkody natknęła się Pani w Polsce?

– Największą przeszkodą była rozłąka z rodziną, życie z dala od nich, choć moi rodzice bardzo szybko przyjechali mnie odwiedzić. Podczas swojej pierwszej wizyty byli jednak przerażeni, błagali mnie, abym wróciła do domu. Mój ojciec był totalnie załamany moją decyzją pozostania w Polsce.

Kiedy Pani rodzice zaakceptowali Pani wybór?

– Myślę, że nigdy go do końca nie zaakceptują. Moi rodzice teraz uwielbiają Polskę, bardzo dobrze się tu czują, bardzo lubią Polaków, ale na początku było to dla nich bardzo trudne, i dla mnie zresztą też. Musiałam jednocześnie walczyć o godne życie w Polsce i walczyć z rodzicami, aby wreszcie zaakceptowali mój wybór. Trudnością była też nieznajomość polskiej kultury i języka. Priorytetem było dla mnie więc nauczenie się języka polskiego. Chciałam nawiązać relacje z rodzicami mojego męża, chciałam móc się z nimi porozumiewać, potrafić się też z nimi czasem kłócić (śmiech). Teraz mamy świetny kontakt, długo nad tym pracowaliśmy.

Pojawiła się kiedyś w Pani głowie myśl, aby jednak wrócić do Stanów?

– Hmm, nigdy się nie poddaję, taką wyznaję w życiu zasadę. Dlatego nigdy nie myślałam o powrocie jako o ucieczce. Zawsze pracowałam na to, aby zapewnić rodzinie wszystko co najlepsze, zawsze walczyłam o rodzinę, dzieci i dom. Jednak czasy, kiedy dzieci były małe, kiedy je wychowywaliśmy, były chyba najtrudniejsze. Momentami było bardzo ciężko, wszyscy doradzali mi, jak mam wychowywać własne dzieci.

Polacy mają taką tendencję… Porównując społeczeństwo polskie i amerykańskie, jakie widzi Pani różnice?

– Polacy mają w sobie pewne bariery, nie są zbyt przyjaźni i otwarci w stosunku do nieznajomych. Dopiero kiedy kogoś bliżej poznają, kiedy mu zaufają, odczytają jego intencje, te bariery zanikają. Potem w całości oddają mu serce. Wadą jest duża zazdrość, zawiść społeczeństwa. Dużo krytykują, mają chyba taką mentalność, która być może zmieni się za jakieś 20 lat. Niestety obecne pokolenie, trzydziestolatkowie, wciąż ma te przywary. Widzę to szczególnie w pracy, są też zbyt drobiazgowi. Mimo, że to młode pokolenie ma obecnie naprawdę wszystko, to zachowuje się tak, jakby tego nie doceniało. Wychodzenie z postkomunizmu to nie jest łatwy ani szybki proces. Najważniejsze jest jednak to, co ma się w sercu. Polacy w nim mają wiele miłości, jestem więc optymistką.

Jak wychowywane jest dziecko w Stanach? Uczone jest pozytywnego nastawienia, otwartości?

– W Stanach jest wielki miszmasz. Tam otwartość na innych ludzi przychodzi naturalnie. Czasy się zmieniły, ludzie również. Kiedyś ludzie byli chyba szczęśliwsi, bardziej doceniali to, co mają. Mimo że mieli bardzo mało, uważali, że to jest wystarczające. Nie widzieli między sobą tych materialnych różnic. Byłam wychowana w rodzinie zamożnej, jednak nigdy nie przyszło mi do głowy, że jestem lepsza, nie widziałam po prostu różnicy między sobą, swoją rodziną a innymi. Teraz te różnice są bardzo widoczne, ludzie je dostrzegają i często nie godzą się z tym. Podejście do drugiego człowieka zmieniło się na gorsze. Jest mi z tego powodu bardzo przykro.

Zauważyłam niedawno taką przypadłość… Przez ostatnich 25 lat do Stanów przybyły miliony nowych imigrantów. Wydaje mi się, że każdy chce się czegoś domagać. Wszyscy domagają się demokracji, tak jakby nigdy wcześniej jej nie było. Wszyscy chcą głośno krzyczeć o swoich prawach, że to oni są najważniejsi. Każdy chce krzyczeć jak najgłośniej i ciągnąć w swoją stronę. To mnie bardzo niepokoi.

A jak jest w Polsce?

– W Polsce też trochę tak jest, ale na mniejszą skalę. Nie wiem, do czego to wszystko może doprowadzić. Staram się być jednak daleko od polityki, a blisko zwykłych ludzi.

Była szkoła tańca, potem praca w telewizji. Co skłoniło Panią jednak do stworzenia fundacji?

– Prowadziłam program telewizyjny dla Telewizji Puls. Bardzo lubiłam tę pracę. Chciałam być tam, działać. Nie byłam jednak do końca pewna, czy chcę nadal nagrywać jakiś program, ponieważ było to niezwykle czasochłonne. Nie miałam wtedy jeszcze nowego pomysłu na siebie, ale widziałam jak mój mąż ciężko pracuje, jak ta telewizja dynamicznie rosła, jak odnosiła sukcesy, i wtedy stwierdziłam, że posiadamy już tak dużą bazę, trzecią telewizję na rynku komercyjnym… Pomyślałam, że jest to odpowiedni czas na krok do przodu. Od dawna marzyłam o prowadzeniu fundacji. Moja mama była społecznikiem. Była moim ideałem, robiła wspaniałe rzeczy dla potrzebujących. Zobaczyłam, jaki wielki potencjał ma telewizja, jak to działa, i pomyślałam: „Dlaczego nie?”.

A skąd pomysł na tę tematykę? Obecnie panuje kult młodości… Starość nie jest atrakcyjna.

– Dlatego właśnie wybrałam tę tematykę. Niewielu ludzi chce rozmawiać o starości, nikt nie chce jej zaakceptować, spychamy seniorów na dalszy plan. Zawsze miałam słabość do starszych ludzi, nie wiem dlaczego. Uwielbiałam moich dziadków, byłam nimi zafascynowana.

Czy w Polsce bardziej odczuwa się właśnie takie nastawienie?

– Tak, jest to duża różnica między Polską a Stanami. Tu starsi ludzie nie mają zapewnionej tak dobrej opieki jak w Stanach. Wpływa na to oczywiście wiele czynników. W Polsce ludzie myślą, że najlepiej mieć babcię czy dziadka u siebie w domu, gdzie mają zapewniony dach nad głową, ciepły posiłek, i to ma być dla nich wystarczające. Mam inne zdanie na ten temat. Starsi ludzie też muszą przebywać z innymi ludźmi. Jesteśmy stworzeni po to, aby żyć i funkcjonować razem, nie wolno zamykać starszych osób samych w pokojach. Polacy niedostatecznie doceniają domy starości, ja nie uważam tych miejsc za złe. One oczywiście potrzebują remontów, zmian, wprowadzania nowych zajęć, aktywności. Tam jednak pracuje wiele wspaniałych osób, które oddałyby swoim podopiecznym serce. Brakuje niestety finansów, to jest bardzo trudne, ale trzeba jakoś pomagać, aby zapoczątkować te zmiany.

Jakie są najbliższe plany działania fundacji?

– Wciąż tworzymy nowe projekty i prezentujemy je ludziom. Oni muszą wiedzieć komu pomagają. Nie dadzą pieniędzy na koncepcję, przekażą je dla konkretnych ludzi. Staramy się udowadniać, że dana osoba, społeczność potrzebuje pomocy, pokazywać ludziom potrzeby innych. Czasem są one niezauważane, bagatelizowane przez resztę społeczeństwa. Chcemy nagłaśniać zwykłe ludzkie sprawy. Pokazywać osoby, które potrzebują rehabilitacji i ośrodki wymagające remontu. Zbieramy fundusze i równolegle prowadzimy kampanie społeczne.

Kierujecie się pięknym hasłem: „Pod Dębem znajdziesz godność, zrozumienie i pomoc”. Czy według Pani to właśnie tego brakuje w polskim społeczeństwie?

– Myślę, że tak.

Czym jest dla Pani sukces?

– Jestem spełnioną matką, żoną, córką, koleżanką i oczywiście jestem odpowiedzialna za Fundację. To jest dla mnie najważniejsze. Nie zapominam jednak o swoich marzeniach, dalszych planach i potrzebie samorealizacji.

A jakie są te marzenia?

– Chciałabym nadal rozwijać fundację i wspierać telewizję. Marzę także o większej ilości czasu, jaki mogłabym spędzić z mężem. Nie potrzebuję dalekich wyjazdów, mogę spędzać ten czas w domu. Chcę po prostu być z mężem, który jest niestety strasznie zapracowany, i cieszyć się z tego co mamy teraz, cieszyć się sobą nawzajem.

To właśnie tego Pani życzę! A inne plany zawodowe?

– Chcę się rozwijać zawodowo, bardzo chciałabym móc pomagać większej liczbie ludzi. To jest jednak wielkie wyzwanie. Muszę zgromadzić taką ilość funduszy, aby móc więcej zrobić. Taki właśnie mam plan na najbliższą przyszłość.

A jak odbierana jest Pani fundacja?

– Bardzo pozytywnie, choć wiele osób dziwi się, że wybrałam tę właśnie tematykę.

Jak Pani ocenia sytuację kobiet w Polsce?

– Myślę, że gdyby nie polskie kobiety, to Polska by nie przetrwała (śmiech)! Nie wiem, co by tu się działo bez kobiet! Polki są bardzo silne, zaradne i mają wielką moc. Są niezależne, samodzielne, dumne z tego, że są Polkami. Bardzo poważnie traktują swoją kobiecość, lubią ją i nie boją się jej pokazywać. To mi się bardzo podoba! Wiele lat temu przyjęłam obywatelstwo polskie, więc sama jestem Polką z wyboru i jestem z tego dumna (uśmiech)

 

Redaktor naczelna: Monika Rebelak/Obcasy.pl

Wpis znaleziono dzięki:

- Erin Dąbska

- Prezes Fundacji TV Puls „Pod Dębem”

- Wolontariat

  • lisabera

    puls u mnie non stop jest w TV, bo mają dobry repertuar. Dzisiaj o 20 będę oglądała Piratów z Karaibów- konkretnie drugą część serii, Skrzynia Umarlaka, bo uwielbiam filmy z Orlando Bloom’em!