Ilona Felicjańska – Upadła po to, aby wspiąć się na wyżyny i odnaleźć siebie, swoje szczęście i miłość

„Pamiętaj, że możesz nie dostać szansy zrobienia drugiego «pierwszego dobrego wrażenia»”

Ilona Felicjanska. Foto Arcadius Mairitz
Ilona Felicjanska. Foto Arcadius Mairitz

Ilona Felicjańska – polska modelka, a zarazem była II wicemiss Polonia z 1993 roku. Obecnie zaangażowana w sprawy kobiet oraz o szerzenie świadomości w walce z uzależnieniami. Upadła po to, aby wspiąć się na wyżyny i odnaleźć siebie, swoje szczęście i miłość. Pogodna, uśmiechnięta i świadoma. Na jakim etapie życia się znalazła? O tym w rozmowie przy kawie…

Chciałabym poznać Twoje motto życiowe. Czy ulegało ono zmianie w zależności od sytuacji, w której się znajdowałaś?

– Te motta się faktycznie zmieniały. Od zawsze z jakiegoś powodu rozpamiętywałam mądre myśli różnych znanych ludzi. Nie zawsze wszystkie rozumiałam, ale zostawały w mojej głowie. Jakby przygotowywały mnie na ten rozwój, który później nadszedł. Takim pierwszym, które mi towarzyszyło, a którego wtedy nie rozumiałam, choć we mnie się zakorzeniło, było: „Pamiętaj, że możesz nie dostać szansy zrobienia drugiego «pierwszego dobrego wrażenia»”. Było to dla mnie dziwne, bo w pierwszym momencie wydawało mi się, że cały czas mam udawać kogoś innego.

Nie o to chodziło. Teraz to doskonale rozumiem i wiem, dlaczego mi ono utkwiło. W życiu chodzi o to, żeby stać się lepszą wersją siebie. By w każdej chwili zachowywać się tak, jak byśmy chcieli, żeby inni nas widzieli. Stać się tacy.

Czy to motto jest z okresu, kiedy zajmowałaś się modelingiem?

– Nie. Z jeszcze wcześniejszego. To były czasy liceum, kiedy jeszcze mieszkałam w Bełchatowie. Już tam przeżywałam pierwsze odrzucenie ze strony moich koleżanek, gdy okazywało się, że całkiem niechcący odbijałam im chłopców. Nawet nie tyle że odbijałam, a podobałam się im, co budziło złość koleżanek. Byłam nierozrywkowa i niewchodząca w relacje. Do tego stopnia, że na studniówkę pożyczyłam brata koleżanki, najzwyczajniej nie miałam z kim pójść. Wtedy nie byłam świadoma swojej urody. Są dzieci, które nie słyszą tych słów od swoich rodziców.

Czy u Ciebie w domu też tak było?

– Tak. Moja mama bardzo mnie kocha, ale nie miała pojęcia, że to jest potrzebne. Jej też nikt tego nie mówił, też tego nie słyszała. Nie umiała dać mi czegoś, czego sama nie doświadczyła. To było w czasach liceum. Wracając do motta – Beata Tyszkiewicz, którą uwielbiam, powiedziała takie słowa: „Kobieta, dama, powinna zawsze, nawet jak jest sama w domu, zachowywać się, jakby była w ukrytej kamerze”. My jesteśmy jednym wielkim nawykiem. Oczywiście możemy udawać kogoś, kim nie jesteśmy, ale nie o to w życiu chodzi. Ważne, aby nabrać takich nawyków w życiu, w postępowaniu, mówieniu, które po prostu staną się nami.

Najtrudniej jest, kiedy uświadamiasz sobie, że udajesz w pracy, w rodzinie, wśród znajomych kogoś, kim nie jesteś…

– Tak się po prostu nie da. Prawda jest taka, że tacy, jacy jesteśmy, jesteśmy idealni. Zawsze w środku jesteśmy najlepszą wersją siebie. Tylko nie powiedzieli nam tego rodzice, za to wymagali więcej i więcej, nauczyciele zabijali w nas własny charakter. Świat ukształtował nas tak, że zapomnieliśmy o tym, ile mamy w sobie możliwości. Wiem, że chcesz rozmawiać o sile, jaką mam. Ja już wiem, że taką siłę ma każdy z nas, ma każda kobieta, tylko po prostu w to nie wierzy.

Wiara w dziecko pomaga uzmysłowić mu swoją wartość. W naszych rodzicach się to nie rozwinęło, nie pokazano im tego.

– Tak, nie wiedzieli, jak to przekazać dalej, a dzieci uczą się poprzez obserwacje. Chłoną to, co widzą, i bardzo często wzorce, które miały w domu, przekazują dalej.

Bez modyfikacji, szczególnie tych pozytywnych?

– Tak, dokładnie. Dlatego włos mi się jeży na skórze, jak czytam, że dzieci powinny mieć dwoje rodziców. Owszem, ale nie zawsze jest możliwość, aby wspólnie mieszkać. Nieszczęśliwi rodzice to nieszczęśliwe dzieci.

Masz na myśli przywiązanie do związków?

– Tak. Jestem za związkiem, tylko ten związek ma być szczęśliwy.

Ale w dalszym ciągu dzieci muszą mieć dwoje rodziców.

Owszem, to jest kolejna rzecz. Nie nastawiajmy przeciwko sobie, nie mówmy nic złego na drugą stronę. Tata zawsze będzie tatą, więc moje mówienie negatywnych słów na tatę rani tylko dziecko, które go kocha.

Odwrotnie, wpływa na odbieranie nas, a nie drugiego rodzica.

– Dokładnie. Krzywdzimy siebie, a nie tę drugą stronę.

Wróćmy do tych czasów licealnych. Zdobyłaś tytuł Wicemiss Polski. W którymś momencie musiało się to zacząć.

– Pod koniec liceum przyszła do mnie mama i powiedziała: „Moje koleżanki mówią, że ładna jesteś. Może byś wystartowała w konkursie Miss Polonia?”. (śmiech)

I wystartowałaś!

– Wystartowałam, i to dzięki mamie. Był taki czas, kiedy byłam jednym wielkim kompleksem. Miałam zaburzone poczucie wartości.

Z czego to wynikało?

– No, właśnie z tego, że mama chciała więcej, chciała mnie dobrze wychować, więc więcej wymagała.

Czy zaplanowała twoją karierę?

– Nie, kompletnie! Mama dała mi bardzo dużo wolności. Dzięki niej jestem szczerą i prawdziwą osobą. Przekazała mi dużo dobrych cech, ale ponieważ nie wiedziała, że chwalenie też jest ważne, to moje poczucie własnej wartości było zaburzone. Trzeba wymagać od dziecka, żeby je kształtować. Pokazać mu granice. Z drugiej strony trzeba dawać odczuć, że jest wybitne i wyjątkowe.

I wytyczyć ścieżki. Narzucić nie sztywne zasady, tylko uporządkowane reguły.

– Pokazywać różne możliwości, aby mogło wybrać to, co jest dla niego właściwe. I w tym myśleniu jestem bardzo podobna do mojej mamy, z takim uporządkowaniem, ale też z taką otwartością i radością życia. To zadowolenie ma to do tej pory, mimo że jest schorowana. Jest cudowną kobietą.

Od czego się zaczęło?

– To bardzo odległe czasy. Kiedyś pewien młody człowiek zapowiedział mnie w ten sposób: „A to jest pani Ilona Felicjańska, ona była wicemiss w ubiegłym wieku…”. Prawda, nie da się ukryć, że to było tak dawno. Mówię o tym dlatego, że to rzeczywiście wydarzyło się w ubiegłym wieku i są to zamierzchłe już czasy. Odbierały dwa kanały telewizyjne, nie było żadnych talk-show ani żadnych programów rozrywkowych, ale był konkurs Miss Polonia, który oglądali wszyscy. Ta rozmowa z mamą o tych koleżankach, które uważają, że jestem ładna i że mogłabym wystąpić… Coś mi tak zadrżało w środku. To było takie pierwsze poczucie, wskazanie drogi, taki pierwszy znak i, jak się okazało, słuszny kierunek. Absolutnie tego nie żałuję, choć mogłoby się wydawać, że zostałam tylko drugą miss.

I to był ten krok do kariery?

– Tak, na konkursie poznałam Witka Orzechowskiego. Z nim pracowałam później w talk-show Na każdy tematw pierwszej telewizji komercyjnej. Później wszystko zaczęło się układać. Rozpoczęłam pracę jako modelka, o czym bardzo marzyłam. Osiągałam te ogromne sukcesy, jak na tamten czas, tylko nikt nie wiedział, co się działo we mnie w środku. Byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów. Oczywiście bywanie na okładkach przepełniało mnie szczęściem. Przeglądałam je skrupulatnie i byłam dumna. Jednak kiedy mijał kolejny tydzień, a nie było kolejnych propozycji, to wpadałam w kompletny dół. Wymyślałam wtedy, że może to był przypadek albo pomyłka, może oni mnie już nie chcą, bo są inne, nowe, ładniejsze. Na tym właśnie polega zaburzone poczucie własnej wartości.

Czy już wtedy była mocna rywalizacja?

– Skądże, tworzyłyśmy zespół. Było nas osiem czy dziewięć, obstawiałyśmy wszystkie pokazy i okładki najważniejszych pism. To był wyjątkowy czas. Ale to, co się działo w nas w środku, to tylko my wiedziałyśmy. Ta niepewność, nieświadomość, nieumiejętność cieszenia się tym, co jest tu i teraz. Nieokiełznane, ciągłe oczekiwanie na coś więcej. Rzadko doceniamy to, co mamy. Wciąż chcemy lepszej pracy, więcej pieniędzy. Zbyt późno okazuje się, że to mamy, a pustka w środku pozostaje. Wszystko, czego potrzebujemy w życiu, jest w środku nas. Póki nie zdamy sobie sprawy, że jeśli nie zaakceptujemy siebie ze swoimi wadami i zaletami, dopóki nie zrozumiemy, że jesteśmy najlepsze dla siebie, nie będziemy potrafiły cieszyć się życiem.

Kiedy to sobie uświadomiłaś?

Całkiem niedawno. We wrześniu dwa tysiące jedenastego roku, kiedy po wszelkich perturbacjach życiowych poddałam się . Myślałam, że to już koniec, że dalej nie dam rady. Chciałam się pożegnać z tym światem, co się na szczęście nie udało. Pomyślałam sobie, że skoro już tu jestem i mam być, to znaczy, że jest na mnie plan.

Czy ktoś ci pomógł, czy to wyszło z ciebie?

– To wyszło ze mnie. Jeśli upokorzenie i kolejne złe słowa można uznać za pomoc, to tak, ktoś pomógł!

Mam na myśli „wyciągnięcie pomocnej ręki”.

– W tamtym momencie nie. Prawda jest też taka, że jeśli sami w sobie nie podejmiemy tej decyzji, jeśli nie będziemy gotowi do zmian, to będziemy upadać. Od 2010 roku do 2011 roku to były ciągłe moje próby przestawania pić, chodzenia na terapię, kolejnych meetingów i rozmów. Coś we mnie jeszcze walczyło. Potrzebowałam absolutnej decyzji.

Podejmowałaś ją małymi kroczkami czy nastał dzień, kiedy powiedziałaś „dość”?

– To nie było tak, że nagle mnie olśniło. Po prostu spadałam, spadałam, spadałam. I kiedy ten upadek był kolejnym bardzo bolesnym, to pomyślałam sobie, że nie dam już rady. Nie po to tu jestem. Poza tym w swojej inteligencji pomyślałam sobie, że skoro kiedyś byłam na szczycie, prowadziłam firmę, organizowałam wielkie imprezy, pomogłam setkom dzieci, zebrałam dużo pieniędzy, to dlaczego znalazłam się w tej czarnej dziurze? Jak mogłam sobie na to pozwolić?

Było to „po coś”, bo z drugiej strony jestem teraz w tak pięknym miejscu, tak wszystko wyraźnie widzę, że najprawdopodobniej musiało tak być. No i wreszcie zakochana jestem (śmiech).

Zwróciłam uwagę. Promieniejesz!

– To się wszystko tak wspaniale poukładało. Zawsze miałam „coś”, może intuicję lub poczucie sytuacji. Teraz już świadomie odbieram te sygnały i jeśli jestem w jakimś miejscu, to wiem, czy mam tu być, czy mam wyjść.

Zapewne wykorzystujesz metody obserwacji. Jedni mają do tego większe predyspozycje, inni mniejsze. Ważne, aby dopuścić intuicję do głosu!

– Fajnie, że o tym mówisz, bo każdy ją ma, tylko nie chcemy w to wierzyć i zaufać. Przychodzi do ciebie na przykład jakiś klient i czujesz, że to nie zagra, ale on ci mówi, że masz tutaj kontrakt za trzydzieści tysięcy dolarów, a niewiele musisz robić…

To powinnaś przekalkulować.

– No właśnie. Wiesz, jestem na takim etapie życia, że nie będę kalkulować. Jeśli czuję, że to nie to, te pieniądze mnie nie przekonają.

No, to jesteś w doskonałym momencie swojego życia.

– Tak, choć bazuję na fakcie, że wywodzę się z biednej rodziny i ta podwalina gdzieś we mnie tkwi. Później, owszem, zarobiłam bardzo dużo. Przez chwilę miałam męża, który miał dużo pieniędzy. Potem spadłam bardzo nisko i tych pieniędzy nie miałam. Zaczęłam odnajdywać siebie, lubić siebie. Wszystko, czego potrzebuję do życia, mam w sobie. Niestety zaczęłam to odkrywać w momencie, kiedy nie miałam nic. Sto złotych na tydzień, aby ugotować dzieciom jedzenie, to bardzo mała suma.

To jest umiejętność samoradzenia.

– Był to czas, kiedy zaczęłam budować siebie, postrzegałam siebie inaczej. Dopuściłam myśl, że jestem dobrym, wartościowym człowiekiem, że to nie słowa ludzi mają wpływ na to, jaka jestem, przecież mam wiele talentów. Jest ku temu właściwy czas, że mogę to nareszcie zauważyć i być z tego dumna. A my się wstydzimy mówić o sobie dobrze, bo nie wypada. To zaufanie sobie, zauważenie, ile rzeczy sama potrafię, a nie skupianie się na tym, czego nie potrafię, jest najważniejsze, żeby osiągnąć sukces.

A szczęście…

– Hmmm… Szczęście… Moment, w którym ja zaczęłam kochać siebie taką, jaka jestem, ze swoim całym uzależnieniem, ze wszystkimi nieumiejętnościami, to był czas, kiedy nie miałam pieniędzy…

I to byś nazwała sukcesem?

– Tak, właśnie. Rozpoczął się on w 2011 roku, bo wtedy zaczęłam mój proces stawania na nogach, od zwykłej terapii uzależnień, przez terapię przemocową.
Tę walkę opisałam w książce „Znalazłam klucz do szczęścia” pokazującej pięć lat mojego szukania, zadawania pytań: „O co chodzi? Dlaczego upadłam?”. I to, jak wstawałam, to, co było kluczowe w tym wstawaniu.
Zaczęłam uczestniczyć w różnorakich warsztatach, które zwiększają poczucie własnej wartości. Potem doszły warsztaty z komunikacji, asertywności, radzenia sobie ze złością, a także takie mniej dotykalne jak „okejowanie” czyli metoda ucząca mózg, jak pogodzić się z najtrudniejszymi rozwiązaniami w naszym życiu, których się boimy, bo to strach nas blokuje przed tym, aby pójść do przodu. Poprzez numerologię, astrologię. Przez to, co jest niedotykalne, zauważyłam, że oczywiście żyję w realiach ziemskich i bardzo mocno stąpam na nogach, ale już wiem, że to wszystko co nas otaczać to energia.

Jesteśmy w jednym wielkim polu informacji. Jeżeli spotykam mężczyznę i widzę go przez chwilę i już wiem, że to jest on, to nie znaczy, że jestem nastolatką, która ma nie wiadomo co w głowie i nie wiadomo jakie nadzieje, tylko wiem, że ta praca, jaką wykonałam, spowodowała, że wiem, że z tym mężczyzną, również po przejściach, musieliśmy się spotkać. Bo to się czuje.

Oczywiście czasami zdarza się, że myślę: „Nie, to jest niemożliwe!”. Teraz wiem, że jest to możliwe! Bo wszystko jest energią, a my mamy po prostu pewne zadania do wykonania i albo je wykonamy dobrze, albo źle. Jeśli wykonamy je dobrze, to dojdziemy do miejsca, w którym powiemy: „Jestem pełnią szczęścia z wieloma pomysłami do zrealizowania”.

Czy jesteś kobietą sukcesu?

– Oczywiście, absolutnie.

A jak sądzisz, co jest najważniejsze w dążeniu do osiągnięcia sukcesu?

– Chęć realizowania siebie, dla siebie. A nie udowadniania komukolwiek, nie oczekiwania pochwał, nie oczekiwania akceptacji.

Ale to nie jest tak, że nawet nieświadomie zawsze oczekujemy jakiegoś sygnału z zewnątrz, że to, co robimy, jest dobre?

– Oczekujemy, jest to bardzo ludzkie i bardzo potrzebne. Tylko w momencie, gdy zaczynamy robić coś, bo to czujemy, bo nasze serce chce, żebyśmy robili to, wtedy te pochwały przychodzą niezależnie. Jeżeli zaczniemy robić coś, bo stwierdzimy, że to jest świetny moment, że ludziom się będzie podobało. Ale to będzie chwilowe, po pewnym czasie dotrze do nas, że to nam nie pomaga się realizować. Wypalenia zawodowe polegają właśnie na tym.

A co z krytyką czy zawiścią człowieka względem drugiego człowieka?

– Im większy sukces, tym więcej wrogów. Jak masz coraz więcej hejtu, to znaczy, że idziesz w dobrym kierunku (śmiech). U mnie zawsze szklanka była do połowy pełna, i tak jest. Robiłam swego czasu wiele sesji zdjęciowych z młodymi fotografami, którzy mieli duży talent, i spotkałam dziewczynę, która miała ogromny talent. Zrobiłam z nią przepiękną sesję, ale widząc jej kruchość, delikatność, wrażliwość, powiedziałam jej: „Pamiętaj, że w tym kraju sukces mierzy się ilością wrogów i negatywnych opinii. Licz się z tym, że ta sesja, choć jestem pewna, że będzie piękna, może spowodować negatywny odbiór”. Ona mi w to absolutnie nie uwierzyła, ale później napisała: „Dziękuję, że mi to powiedziałaś, bo ta sesja, która wiem, że jest jedną z moich najlepszych sesji, jest jednocześnie bardzo krytykowana przez różnych ludzi”. Na tym to polega.

Kiedy jesteśmy nijacy, to mamy swoich zwolenników, jak zaczynamy wychodzić poza tę nijakość, to zaczynamy kłóć w oczy tych, którzy też są nijacy. Oni, żeby sobie jakoś tę swoją nijakość wynagrodzić, wbijają nam szpile, żebyśmy za wysoko nie urośli. Jak ktoś urośnie, to ja będę niżej, a ja nie chcę być nisko, więc muszę mu podcinać nogi, muszę pluć na niego.

Jednak siedząc na kanapie, niewiele można osiągnąć, a mam wrażenie, że wszyscy krytycy na niej siedzą. Nie podejmują żadnego ryzyka, nie realizują swoich planów.

– A psychologicznie jest to udowodnione, że oni muszą innych opluwać, żeby siebie wynagradzać za swoje nieumiejętności, nijakość i beznadziejność tak naprawdę. Warto o tym pisać głośno, żeby ludzie się przestali przejmować hejtem.

I do hejtu się przyzwyczajamy i mniej reagujemy.

– Oczywiście, mnie hejt zawsze kształtował pozytywnie. Gdy widziałam w czymś braki, np. przeczytałam, że źle wychowuję dzieci, to zapisałam się na kolejny warsztat, jak wychowywać dzieci…

Naprawdę czytasz te wszystkie komentarze, które się pojawiają?

– Teraz raczej z ciekawości, i z wielką przyjemnością widzę, jak ludzie się jednak przełamują, bo kiedyś ciężko było ludziom pozytywnie pisać o mnie i o moim uzależnieniu. Temat uzależnień był tak głęboko schowany w piwnicy…

Na szczęście to się zmienia. Skoro ja już czytam odpowiedzi na hejty ludzi, którzy mówią: „Dobrze, niech ona mówi o tej chorobie, bo nikt o tym nie mówi”, to znaczy, że już coś się zmienia, że są ludzie. Wiele razy mówiono mi: „Znajdź sobie agencję PR, niech ci powie, co masz robić”, a ja odpowiadałam: „Ja chcę wiedzieć, kim ja jestem, chcę na swoich błędach…”. To jest ta moja intuicja, ta siła, którą miałam. Chcę nauczyć się tego, nawet popełniając kolejne błędy. A teraz spotykam ludzi, którzy mówią: „Świetna agencja PR-owa cię prowadzi”(śmiech).

Co było dla Ciebie najtrudniejsze zawodowo i prywatnie?

– Najtrudniejsze było najpierw zrozumieć, że dla mojego szczęścia i szczęścia moich dzieci potrzebny jest mi rozwód i odejście z tego związku. Społecznie było wtedy zakodowane, że dzieci muszą mieć dwoje rodziców. Byłam pod dużym wpływem środowiska i mojego domu, który też był niepełny, a także oczekiwań mojego męża, który mówił, że skoro już podpisałam przysięgę, to do końca życia, na dobre i na złe muszę przy niej wytrwać. Wydawało mi się, że to było powtarzane, jakby wprogramowane we mnie. I w domu rodzinnym i później w małżeństwie. W tym bardzo trudnym momencie, kiedy zostałam odrzucona przez moje środowisko, byłam opluwana przez media, może trochę sobie sama zasłużyłam, nie mówię tego w kwestii obwiniania i oceniania, to słyszałam od mojego męża, że tylko on mnie przyjmie, że on mnie jednak nie wyrzuci. I znowu miałam takie wrażenie, że ja powinnam tu chyba być.

Teoretycznie on dawał Ci poczucie swego rodzaju bezpieczeństwa, choć było to takie troszeczkę palcem na wodzie pisane, ale…

– Ale jednak. Wiedziałam, że jestem nieszczęśliwa, wiedziałam, że już go nie kocham, wiedziałam w środku, że nic dobrego z tego nie będzie, ale to wszystko, co się działo, było tak silnie warunkujące mnie, że byłam przekonana, że nie mogę odejść.

No, ale jestem pewna, że życie chce naszego szczęścia. Wszystko, co się dzieje, dzieje się dla nas, nie przeciwko nam, chociaż my to widzimy inaczej… Faktycznie kolejne małe gwoździe do tej „trumny”, do zakończenia tej trudnej sytuacji, spowodowały, że stwierdziłam, że już dalej tak nie mogę – to prywatnie. A zawodowo w momencie, kiedy już zaczęłam stawać na nogach, a było to niedawno, uświadomiłam sobie, że jestem działaczką społeczną, że to pomaganie jest rzeczą najważniejszą i chcę to robić. Stwierdziłam, że mam umiejętności i możliwości. Napisałam poprzednią książkę o uzależnieniach, agresji i przemocy. Zauważałam to, ale się bałam. W tym kraju, po tym, jak zostałam rozjechana, jak się przyznałam, że jestem uzależniona, wiedziałam, jakie to może być trudne i bolesne. I co chwilę przychodzili dobrzy znajomi, przyjaciele, i co chwilę mówili: „Przestań już mówić o tym uzależnieniu, ludzie zapomną, zajmij się jakąś inną pracą, ludzie zapomną, znajdź jakiś inny kierunek”, a ja w środku czułam, że to jest ten kierunek, mimo że zdawałam sobie sprawę, że oni chcieli dla mnie dobrze.

Chcieli dobrze według swojego wzorca, schematu…

– Według ich postrzegania rzeczywistości. I chyba właśnie w tamte wakacje, kiedy spotkałam się z pewnym człowiekiem, którego uważałam i nadal uważam za przyjaciela, być może dlatego, że nieświadomie mi pomógł, żaląc się, chciałam, żeby mnie najzwyczajniej przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. A on mnie tak nawyzywał, jak małą dziewczynkę. Powiedział, żebym się wzięła wreszcie do roboty, bo on ciężko pracuje, żeby coś mieć, a ja tylko o tym uzależnieniu mówię, i ludzie się ze mnie śmieją, i żebym w końcu przestała. I to było takim przełamaniem. Że nawet on tak do mnie mówi… Zobaczyłam w nim te jego wszystkie demony, to, jak on się boi opinii publicznej, jaką dla niego presją jest to, co ludzie powiedzą, w tych słowach to było. Widzimy w innych to, czego sami się boimy. W żaden sposób wtedy tego nie skomentowałam, bo pomyślałam, że nic to nie da, żadne tłumaczenie. Było to bardzo trudne. Po raz pierwszy z tych emocji zaczęła mi krew z nosa lecieć. Ale ja czułam, że to jest to przełamanie, którego potrzebowałam. W tamtym czasie podjęłam decyzję, aby się tym zająć – uzależnienia, uzależnienia kobiet. Ale to też ewoluuje.

Mianowicie?

– To nie będzie tylko alkohol, ale i wszelkie zależności. Mechanizm uzależnienia jest taki sam. Cały czas studiuję, chodzę na różne warsztaty, rozmawiam, czytam i obserwuję. I już wiem, o co chodzi, właśnie o tę pustkę, którą chcemy zapełnić, na przykład nieudanym związkiem, sukcesem, zakupami, czymkolwiek, ale jeśli nie znajdziemy w sobie tej całej akceptacji dla siebie, nie usiądziemy i nie powiemy: „Kocham cię i chcę dla ciebie dobrze, Ilono”, same do siebie, jeśli nie uświadomimy sobie, co jest dla nas ważne, nie osiągniemy spokoju.

Czasem warto sobie powiedzieć: „Zapomnij to wszystko, co do tej pory wiedziałaś , czego cię nauczono, co robiłaś”. Przytul się i zapytaj, czego ty naprawdę chcesz. Jak nie wiesz, to zacznij szukać, dotykać różnych rzeczy. Jest to trudne, ale może być najbardziej istotne.

Jeśli nie zaczniemy szukać, to nie znajdziemy. To bardzo prosty mechanizm.

– Ktoś ładnie powiedział, że lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało. Absolutnie się pod tym podpisuję.

Odniosłaś sukces, ponieważ…

– Odnalazłam siebie, odnalazłam Ilonę, która wie, czego chce i kim jest, ma świadomość swoich wad i zalet. Zaufałam sobie, dlatego jestem w stanie odnieść sukces, każdy kolejny, jaki jest przede mną.

Co jest Twoim największym marzeniem?

– Pomagać ludziom, bo wiem gdzie byłam i w jakim teraz jestem pięknym stanie, takiej integracji samej ze sobą i ze światem tak naprawdę. Chciałabym to pokazywać ludziom, mówić do nich, tak, aby oni tego choć troszeczkę ode mnie dostali. Aby sami tez chcieli zacząć szukać siebie. Dzisiaj idąc ulicą, czułam się przepełniona świadomością i zdałam sobie sprawę, ile możliwości daje nam życie. A my w tych swoich kokonach strachu nie wychodzimy z niego i nie czerpiemy radości z dnia codziennego.

Poniekąd jest to wygodne… Każda decyzja wiąże się z określonym działaniem…

– Idąc, tak emanowałam szczęściem, że zachciało mi się płakać. Pomyślałam, że muszę rozdawać, bo pęknę niczym mydlana bańka, jeżeli nie będę się tym dzieliła.

Ale przecież nie żyjemy dla siebie, a po to, aby dawać.

– Cieszę się, że tak mądrze mówisz. Dawać i brać. Ludziom się wydaje, że trzeba zbierać, mieć, posiadać, a nie być i dawać. Miłość i dobroć to dwie najważniejsze wartości.

Chciałam Cię właśnie zapytać, co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu.

– Właśnie wspomniana miłość i dobroć. Jestem przekonana, że każdy z nas je ma, tylko gdzieś zagubił albo zapomniał. Każdy z nas rodzi się dobry, rodzi się miłością, jest owocem miłości, czasami chwilowej (śmiech). Dopiero później niechcący to się wymazuje, być może też po to, abyśmy odnaleźli na nowo.

Myślisz, że całe nasze życie jest zaplanowane?

– Istnieje każde rozwiązanie naszego życia, jakie tylko jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Tylko nasza gotowość może spowodować, że wybierzemy takie albo inne. Ale jest tez najlepsza droga.

Tak jak w labiryncie?

– Oczywiście, tylko ten nasz labirynt polega na tym, że jest jedna główna droga. Tak jak ja z tymi wyborami Miss Polonia albo jak ze spotkaniem miłości mojego życia. Spotykamy to i czujemy! To znaczy, że wtedy trafiamy na najlepszą drogę. Ale w tym labiryncie jest też wiele innych dróg, które też są dobre. Prawda jest taka, że nie ma żadnej złej, tylko być może nie w tym życiu dojdziemy do końca… zacznijmy bardziej czuć niż chcieć a te najlepsza odnajdziemy.

A zła droga, bo przecież też jest…

– Każdy człowiek ma swoją, i absolutnie nie widzę w sobie odwagi, aby powiedzieć, że któraś jest lepsza, któraś jest gorsza. Każdy ma ciężko na swój sposób, każdy ma swój krzyż, który nosi. To nam na zewnątrz może się wydawać, że ten to ma dobrze. Zadajmy sobie pytanie: czy znasz go naprawdę, czy byłeś w jego butach, czy przeżyłeś jeden dzień za niego? Każdy z nas ma coś tutaj do wykonania. Aby odnaleźć taki stan, w którym ja jestem teraz, trzeba trochę upaść, trochę powstawać, trochę zrozumieć, poznać siebie.

Jednak nie wszystkiego trzeba w życiu spróbować…

– Nie można przekraczać pewnych granic, wszystko musi być w tzw. normach, choćby prawnych i społecznych. Jeśli mamy jakieś pytanie w sobie albo jesteśmy w takiej sytuacji, to możemy w nią wejść… Jeśli trafia nam się doświadczenie, jakie musimy przeżyć, to żadna mądra głowa nam tego nie powie.

Ile jest kobiet, którym mówisz: nie wchodź w ten związek, on miał sześć kobiet i każdą bił, więc jest duże prawdopodobieństwo, że z tobą będzie tak samo. Ale ona wierzy, że on się dla niej zmieni. Jej doświadczeniem jest to, aby ona została przez niego tak potraktowana i zrozumiała, że ma zająć się sobą. Zostać tym, kim chciałaby być, a nie zajmować się nim, tym, kim ktoś ma dla ciebie być. Takie wyłączenie ego.

Aby dojść do sukcesu, trzeba nauczyć się współpracować ze swoim ego, trzeba je nieco poskromić, bo ono nam bardzo pomaga śle jeszcze bardziej może zaszkodzić. Bez ego nie można osiągnąć sukcesu, bo nas skopią, zniszczą, zdepczą. Z drugiej jednak strony może ono nas doprowadzić w miejsca, w którym też nie będziemy szczęśliwi, bo będziemy chcieli za dużo… Mamy złudne nadzieje dyktowane przez ego, bo tak naprawdę nie umiemy żyć, w środku. Ciężko jest mówić ludziom: „tylko twoja praca nad sobą może spowodować zmiany”, bo ludzie tego nie lubią. Od razu czują, że są pouczani. Ale i z pozycji mistrza, jakim udają, że są, muszą zejść do pozycji ucznia.

Ale jeśli chcesz przynajmniej po części zrozumieć drugą osobą, musisz chcieć poznać jej położenie. Nie możesz podchodzić do człowieka z perspektywy: nauczyciel i uczeń. Bo wtedy niewiele przekażesz…

– Ale ja nie mówię o relacji ja – on. Ja mówię o tej jednej osobie, to ona musi z pozycji mistrza jakim się stała, zejść do poziomu ucznia. Nikogo nie zamierzam uczyć, ale na własnym przykładzie chcę pokazywać, że nie ma takiej dziury, z której nie da się wyjść, a być może właśnie one wszystkie były mi potrzebne, żebym teraz była w takim miejscu, w jakim jestem. Chcę mówić tylko o sobie, co mi też zarzucano, że ja taka nazbyt wylewna. Bo ludzie nie są gotowi, bo brudy się pierze we własnym domu, bo się zamiata pod dywan, bo pewnych rzeczy się nie mówi na zewnątrz. Czyli się udaje! Ale milczeniem nic nie osiągniesz. Poza tym aby zaakceptować siebie takim, jakim się jest, trzeba powiedzieć na głos: tego nie umiem, tego nie potrafię, popełniłam taki błąd, ale czy to znaczy, że jestem gorszym człowiekiem? Za gorszego człowieka mogę się uznać wtedy, kiedy wiem o tym i nic z tym nie robię, a nie wtedy, kiedy się do tego przyznaję.

Mamy tendencję do ciągłego, zupełnie niepotrzebnego oceniania. Kierując się dobrocią, mamy nadzieję, że będą nas traktować tak, jak my traktujemy drugiego człowieka.

– To jest naiwność.

Gdybyśmy faktycznie tak postępowali, to nasze społeczeństwo byłoby rajem na ziemi…

– Dlatego trzeba to zamienić na to: „To ty traktuj innych tak, jakbyś chciała, żeby oni ciebie traktowali, ale zapomnij o tym, że oni będą cię traktowali tak, jak byś chciała”. Z tym się żyje lepiej, bo w pewnym momencie dobre traktowanie ludzi, bycie uczciwym staje się twoim nawykiem. Jak dostaniesz przez tę swoją naiwność, uczciwość parę razy w tyłek, to nauczysz się, na ile odwaga i prawdomówność jest potrzebna, w jakim momencie i do kogo. Nauczysz się czuć ludzi, wiedzieć, kiedy warto, a kiedy nie warto. To jest moja największa lekcja.

Czy jest to przesłanie dla czytelniczek Obcasów?

– Między innymi, bo mam świadomość swojej wiedzy, ale to nie znaczy, że czuję się lepsza od kogokolwiek. Przede wszystkim wiem, że nie dam sobie prawa do mówienia publicznie o tej wiedzy, do której dotarłam. Bo żeby uwierzyć w tę prawdę, do której ja dotarłam, trzeba dotknąć jej samemu…

To zależy od odbiorców.

– Wśród moich znajomych są ludzie, którzy również do takich prawd dotarli, i widzą, jak to funkcjonuje, o co chodzi, na czym to polega. Z nimi mogę porozmawiać. I oczywiście są ludzie, którym podpowiadam i wskazuję, daję książki, które mnie do tego doprowadziły, bo życie jest dużo prostsze, niż nam się wydaje. I w tej prostocie jest siła, w tym nieudawaniu, w tym niekonstruowaniu siebie dla innych, tylko dla siebie.

Często tego nie potrafimy…

– Ale warto zrozumieć, że już nie chcemy. Ta baza moich doświadczeń, trudnym, złych, niepotrzebnych, spowodowała, że wiem: tam już byłam – nie chcę, to już poznałam – tam nie chcę. Tyle różnych rzeczy się zadziało w moim życiu, że wiem, czego chcę, a kogo i czego nie potrzebuję. Dzięki temu, gdzie byłam i co mi nie wyszło, zmniejsza się możliwość wyboru dróg, którymi chcę pójść, a chodzi o to, żeby likwidować te drogi, które nam się wydają fajne. A tak to już wiem, że tej i tamtej dziękuję, więc zostanie już tylko ta. Wybieram ją.

A jakie masz marzenia?

– Stworzyć instytut miłości. To znaczy on już jest w moim sercu, jest strona internetowa, której nie mam czasu nawet uaktualniać, ruszyła kampania niezależnych, która jest pierwszą kampanią Instytutu miłości, i organizuję spotkania pt. „Samopomocowa grupa wsparcia dla kobiet – Niezależne.”. Chcę na swoim przykładzie pokazywać, że miłość jest wszystkim, tylko taka prawdziwa miłość, a nie miłość, która każe nam się zawieszać na partnerze, który ma zrealizować nasze marzenia, a my będziemy realizować jego. Nie! Jeśli odnajdziesz miłość w sobie i do siebie, to nawet jeśli odnajdziesz mężczyznę, nie będziesz wymagała od niego, nie będziesz miała oczekiwań. Po prostu będziesz wiedziała, że to jest on albo nie on.

I to jest główny cel Instytutu?

– Tak. Uczenie ludzi miłości, tej prawdziwej. Znajomy kiedyś zapytał, czy dom publiczny chcę otworzyć, jak usłyszał „Instytut Miłości”. Pomyślałam: „Długa droga przed Tobą, skoro to jest dla ciebie miłość” (śmiech).

Chcę inspirować, motywować, pokazywać, że można być szczęśliwym. To moje życie pokazuje, że warto było to wszystko przeżyć. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że aż tak dużo tych trudnych rzeczy mnie spotkało. Było bardzo trudno, kiedyś mówiłam, że najgorszemu wrogowi bym nie życzyła tych miejsc, sytuacji, w których ja byłam, tych stanów emocjonalnych, ale teraz nie mam wrogów. Posiadanie wrogów jest w naszej głowie, to my sobie tworzymy takie twory – on jest moim wrogiem. Nie… To ty sobie go stworzyłeś jako wroga. On coś ci pokazał, zrobił ci krzywdę, a może wyświadczył przysługę. To my dajemy ludziom przyzwolenie na pewne zachowania, na pewne sytuacje. Wszyscy, których spotykamy na swojej drodze, są albo naszym lustrem, albo naszymi nauczycielami. Każdy ma nam coś do przekazania, w każdym możemy się przejrzeć.

Co jest najważniejsze w życiu?

– Miłość (śmiech)

No tak – Instytut miłości, więc miłość…

– Zdaję sobie sprawę z tego, że to się może wydać kiczowate troszeczkę.

Nie nazwałabym miłości kiczowatą…

– Jak kiedyś czytałam, że ktoś tak mówił o tej miłości, to pomyślałam, że się nauczył albo ktoś mu powiedział, że tak ma mówić. Przeczytałam gdzieś o sobie, że się nauczyłam, parę książek przeczytałam i teraz mówię jak mantrę, ale, nawet nie komentuję tych sytuacji. Ktoś nawet kiedyś powiedział, że moje wywiady są bardzo prostackie. Wiem, że mówię prosto, bo w tej prostocie jest siła, i tą prostotą można odnaleźć siebie. Jestem idealistką i wierzę, że jeśli zaakceptujemy siebie i będziemy chcieli dobrze dla siebie, to zrozumiemy, że szczęście innych ludzi jest częścią naszego szczęścia. Krzywdząc kogoś, krzywdzisz siebie. Jeśli rodzę w sobie negatywne emocje, to one we mnie zostają. Każda zawiść jest pewnym tworem, który jest we mnie, i ta zawiść, ta złość, ta nienawiść, to poczucie skrzywdzenia… Oczywiście trzeba je przeżyć… To nie tak, że ja teraz wszystkich przytulam.

Redaktor naczelna: Monika Rebelak/Obcasy.pl