pomiędzy czwartą, a piątą nad ranem…
najpierw odmykam oko potem więcej
a już czuję pożar jej rozbudzonego ciała
skąpe pytania i napażć na mą męskożć jej kobiecożć
i tak niknie w na wpół otwartych moich dłoniach boję się że są zbyt szorstkie
jej sutki pulsują akceptacją a ja wciąż we żnie
sięgam podpieram się wyimaginowaną rozkoszą sprzed ćwierci dnia
oto napotykam jej twardą ekstazę weź mnie weź
i bez pohamowania biorę na wpół zwierzęco na wpół z kawą w ręku
jej uda wykonują rytmiczny taniec szczężcia ooo i aaa
ciągle przepycham się przez naszą wspólną jaźń i oto sen orgazm egzaltacja spazm
zachwytu
umieramy oboje o szóstej