- Ten temat ma 84 odpowiedzi, 8 głosów, a ostatnio został zaktualizowany 19 lat, 2 miesiące temu przez
Duszek.
- AutorWpisy
- 10 marca 2007 o 10:01 #41614
No coż..w moim przypadku..jest tak ,że przeważnie zwasze najpierw coz robię a dopiero później myżlę….Jest parę sytuacji..zdarzeń..które pewnie bym chciała zmienić.., naprawić….zrobić lepiej…lecz cóż, co się stało , to się już nie odstanie…Jest takie mądre powiedzenie….”Niema co płakać nad rozlanym mlekiem”, no i w moim przypadku to się sprawdza…staram się!!! niczego nie żałować…choć przyznam,że czasami jest to trudne….Pewne sytuacje, dzieją się bez bezpożredniego udziału nas samych…my jesteżmy tylko „uczestnikami”…jednymi z wielu…nie podejmujemy decyzji…bo tego od nas nikt nie oczekuje…a potem okazuje się ..że przegapiliżmy coż ..co odegrałoby w naszym życiu wielką rolę…..(OJ zapędziłam się chyba z tymi filozoficznymi wywodami)…[/b]
10 marca 2007 o 12:26 #41615@igła wrote:
zapędziłam się chyba z tymi filozoficznymi wywodami…
To bardzo dobrze…
Tak……dobrze powiedziane……….jesteżmy tylko uczestnikami życia i nie zawsze mamy wpływ na wszystko.
Ale jeżli ludzie się zmobilizują to mogą zmieniać wszystko, razem.
Dobrze, że każdy człowiek moze decydować sam o sobie.
Ja sam stanowie o sobie i wiem, że wszystko zależy ode mnie.10 marca 2007 o 14:13 #41616Ja bardzo dużo myżlę zanim zrobię jakiż ważny krok i to chyba czasem jest mój błąd,bo za dużo kalkuluję,myżlę czy to się opłaca,zamiast zaryzykować.Nie sądzę też,że tak do końca decydujemy sami o sobie,duże znaczenie ma przypadek,to czy pojawimy się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie…Czasem trzeba zrezygnować z czegoż i pożwięcić swoje plany,marzenia dla innych spraw,które wydają się ważniejsze.Takie decyzje są bardzo trudne dla mnie,mimo,że czasem jestem egoistką,to przeważnie ja tracę coż w imię słusznej sprawy 🙄 W sumie uważam,że lepiej żałować,że się czegoż nie zrobiło,ale ogólnie najlepiej niczego nie żałować,tylko patrzeć w przyszłożć i myżleć jakich teraz wyborów dokonać,żeby było dobrze.
10 marca 2007 o 14:32 #41617@Senioorita wrote:
Nie sądzę też,że tak do końca decydujemy sami o sobie,duże znaczenie ma przypadek,to czy pojawimy się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie…Czasem trzeba zrezygnować z czegoż i pożwięcić swoje plany,marzenia dla innych spraw,które wydają się ważniejsze.
Tak, ludzie wierzą w przypadek, w przeznaczenie, w boga i zarazem w diabła.
Ja nie uznaje wiary w cokolwiek.
Sam stanowie o sobie.10 marca 2007 o 15:24 #41618Ja nie żałuje włażciwie niczego co juz sie w moim krótkim życiu przydarzyło. Jeżli coż nawet sie przydarzy czego mogę potem żałować, to przynajmniej będę miała to za sobą.
Raczej żałuję włażnie tych rzeczy, których nie zrobiłam, a mogłam ale niestety nie ma możliwożci odwrotu.
10 marca 2007 o 17:22 #41619Może porozmawiamy o życiu?
Życie jest okropne i niesprawiedliwe.
Wszystko zabierze, wszystko zabije.
To ma być życie?
Jest życiem ale tylko z punktu widzenia biologii, bo z punktu widzenia filozofii to jest tylko pasmo nieszczężć.10 marca 2007 o 21:02 #41620@Robert Miles wrote:
Może porozmawiamy o życiu?
Życie jest okropne i niesprawiedliwe.
Wszystko zabierze, wszystko zabije.
To ma być życie?
Jest życiem ale tylko z punktu widzenia biologii, bo z punktu widzenia filozofii to jest tylko pasmo nieszczężć.Jak tak myżlisz to jesteż nieszczężliwym człowiekiem
10 marca 2007 o 21:03 #41621@jakubek wrote:
Jak tak myżlisz to jesteż nieszczężliwym człowiekiem
Następny………
Przeczytaj cały temat, OK?
Zamiast wygłaszać takie pretensjonalne komunały!Tak na marginesie:
Mówi się „Jeżli tak myżlisz”, a nie „jak tak myżlisz”11 marca 2007 o 09:42 #41622Hmmm o życiu?
W życiu piękne są tylko chwile….trzeba tylko je dostrzec..i umieć się z nich cieszyć….
17 marca 2007 o 12:49 #41623Czy człowiek z przeżyciami staje się bardziej nieczuły, odporny? Bzdura… To zależy od człowieka, nie ma zasady…
Mam 29 lat, jestem siwiejącym 29-latkiem z depresją, z nerwicą, na lekach… Przeżyłem żmierć kliniczną jako dziecko… Przez pierwsze 15 lat mojego życia walczyłem z ciężką chorobą o prawo do tego życia… Przynajmniej raz w miesiącu leżałem pod namiotem tlenowym, a moi rodzice modlili się, abym i tym razem przeżył… Po dziż dzień choroba daje znaki, że nie opużciła mnie zupełnie. Jestem uodporniony na większożć antybiotyków dostępnych na rynku (można mnie leczy jednym antybiotykiem, JEDNYM), mam zniszczone stawy, nadciżnienie, kołatanie serca… Wiem, co to ból, wiem, co to szpitale, wiem, co to brak powietrza i ilekroć widzę cierpiących ludzi cierpię razem z nimi. Czy dzięki temu, że choroba chciała mnie zabrać, sporą czężć życia spędziłem w szpitalach, odczuwałem ciężki do wyobrażenia ból (dusił się ktoż? Ale tak mocno, tak żeby stracił przytomnożć…), a przez leki zostałem zniszczony, wspomnieć muszę też o tym, że jako dziecku nie wolno mi było nic robić. Nie wolno było mi biegać, skakać, pływać w basenie (bo inne ciżnienie), jeździć na rowerze itd. Czy dzięki temu wszystkiemu stałem się bardziej odporny na cierpienia innych? Schorowanych, dotkniętych przez los? Nie, wręcz odwrotnie, ponieważ ja wiem, co czują, rozumiem, jakie to życie i zdaję sobie sprawę, co myżlą albo co będą myżleć w przyszłożci… A co myżlą? Przez 15 lat walczyłem z kostuchą i teraz mogę powiedzieć tyle – żałuję, że wygrałem…
- AutorWpisy
- Musisz się zalogować by odpowiedzieć w tym temacie.

