Samotne po trzydziestce

Teen girl talking on mobile phone on beach

Po dwóch latach wspólnego mieszkania, w trakcie kolejnej, średnio istotnej sprzeczki, nieoczekiwanie spakował plecak, zarzucił na ramię torbę i po prostu wyszedł. Nie mogła w to uwierzyć. Mówiła sobie, że opamięta się i wróci. Nie mogła w to uwierzyć. Mówiła sobie, że opamięta się i wróci. Wymyślała scenariusze, co wtedy powie, jak się zachowa, co zmieni w swoim postępowaniu.

Zwierzając się przyjaciółkom szlochała, rozpaczając, że już nigdy nikogo nie spotka. A kiedy oponowały, zarzekała się, że nawet jeśli spotka, nigdy już nie zaufa. Przyjaciółki współczuły, pocieszały i – podobnie, jak w znanej piosence – „mówiły jej, że łotr; mówiły jej, że drań; że takie byle co..”. I tak dalej.

Kiedy minął pierwszy szok, sięgnęła do starego notatnika i zaczęła systematycznie obdzwaniać zapomnianych kolegów i dawne sympatie. Znowu radziła się przyjaciółek, konsultując z nimi kandydatury typowane do miana osobistego narzeczonego. A ponieważ czas mijał i nikt konkretny się nie trafiał, zapadła w stan zawieszenia między nadzieją spotkania kogoś nowego a pragnieniem powrotu tego, który odszedł. Dociśnięta do muru, o co tu naprawdę chodzi, wyznała z rozbrajającą szczerością, że obawia się samotności. Ostatni opłakiwany, nie tylko, że nie był wielką miłością, ale w ogóle z miłością niewiele miał wspólnego. Brakowało romantycznych uniesień, autentycznej intymności, otwartych rozmów, nie wspominając choćby o iskierce szaleństwa. Co więcej – kiedy teraz patrzy na ten związek z perspektywy minionego czasu – dostrzega tylko zwyczajność i monotonię tej pozornej wspólnoty.
Dlaczego zatem tak rozpaczała po jej utracie? Na czym polegała jej wartość? Przede wszystkim na tym, że ktoś – wszystko jedno, jak to określić – z nią, przy niej, czy też obok niej – był. Chciałaby oczywiście spotkać tego jedynego. Być z kimś do szaleństwa, zatracenia, bólu, wariactwa i obłędnego szczęścia. Ale.. Przekroczyła już trzydziestkę. Wie, że mówienie dziś o staropanieństwie brzmi śmiesznie. Ale… Pewnie, że teoretycznie wszystko może się zdarzyć. Tylko kiedy? A co wtedy, gdy lokowane w przyszłości nadzieje okażą się wyłącznie pobożnymi życzeniami?
Trzydziestka. Magiczna liczba w życiu kobiety. Oczywiście nie dla wszystkich ten sam czas biegnie w tym samym tempie. Wiele trzydziestolatek zdążyło już wyjść za mąż, urodzić dzieci, sporo rozwieść się, a nawet ponownie wydać. Inne, usytuowane chwilę przed tą cezurą lub chwilę po (przy czym „chwila ” może tu oznaczać zarówno kilka miesięcy, jak i dwa, trzy lata w jedną lub drugą stronę), właśnie wtedy zaczynają silniej odczuwać presję czasu. Uświadamiają sobie, że są samotne i czują się stare.
Najbardziej przebojowe, ambitne, zaabsorbowane własnym rozwojem, długo nie są zainteresowane formalnym związkiem. Podejmowanie małżeńskich i rodzicielskich wyzwań i obowiązków stanowi poważne obciążenie dla pracującej i uczącej się osoby. Tym bardziej, że są dobrze ustawione zawodowo, sporo zarabiające. Własne mieszkanie, często służbowy samochód. Zimą obowiązkowo za granicą narty. W sezonie letnim kąpiele w ciepłych morzach. Ambitne, pracowite, nieustannie się doszkalające i w tym momencie swojego życia dojrzałe już do stabilnego związku z sensownym mężczyzną. Stąd coraz bardziej otwarcie wyrażana potrzeba posiadania własnej rodziny: męża i dziecka.
Są na ogół rozsądne. Zazwyczaj mają już za sobą mniej lub bardziej udane układy partnerskie, co sprawia, że ich oczekiwania wobec ewentualnego towarzysza życia są jasno sprecyzowane. Zdają sobie sprawę, że nikt nie jest bez wad. One także. Dlatego nie szukają księcia z bajki, ale mężczyzny, który – podobnie, jak one – osiągnął już coś w swoim zawodzie, ma swoje pasje, czegoś się przez minione lata dorobił. A do tego potrafi się zatroszczyć o swoją kobietę, okazać czułość i zrozumienie dla jej potrzeb
Tym mniej przebojowym, ale równie ambitnym i pragnącym sensownie ulokować się w życiu, dużo wcześniej marzy się ktoś serdeczny i bliski. Ale sfeminizowany zawód, rozmaite okoliczności życiowe lub brak wiary w siebie sprawiają, że mimo upływu lat, nadal pozostają samotne. Kiedy stuka trzydziestka – jedne i drugie – zaczynają się niepokoić. Nie, żeby natychmiast chciały się wydać, ale przynajmniej związać z kimś naprawdę nimi zainteresowanym. Z kimś, kto byłby rzeczywiście dla nich ważny i dla kogo one również były by ważne i jedyne.
Mężczyźni po trzydziestce są zwykle albo już żonaci, albo po przejściach, co sprawia, że do ponownej żeniaczki się nie spieszą. Z kolei kawalerowie nie kwapią się zbytnio do stabilnego związku, w przekonaniu, że możliwości, jakie oferuje życie są zbyt pociągające, żeby zawęzić je do jednej kobiety, domu i dzieci. Obawiają się ograniczeń swojej dotychczasowej wolności, zmian w sposobie spędzania wolnego czasu. A potrzebują go dużo, ponieważ w pragnieniu zachowania młodzieńczego wyglądu usilnie dbają o swoją kondycję. Tenis, pływalnia, siłownia, solarium, sportowe hobby, to ważna i czasochłonna pozycja w ich budżecie czasu. Życie rodzinne wprowadziło by tu znaczne korekty, a oni nie bardzo mają ochotę z czegokolwiek rezygnować. Pewien pan dobiegający czterdziestki, ale prezentujący się jako młodzieńczy trzydziestolatek, na nieśmiałą wzmiankę swojej partnerki o dziecku, zaproponował kupno rasowego psa. Był szczerze zdumiony, że odrzuca taki świetny pomysł i nie wiedzieć czemu wymyśla mu od egoistów.
Wiele znanych mi, młodych par, od kilku lat żyje w nieformalnych związkach, na ogół uważanych przez nich jako udane. Co nie znaczy, że patrzą na swoich partnerów przez różowe okulary. Po trzech latach wspólnego życia Justyna powiedziała swojemu chłopakowi, że chociaż bardzo go lubi, będą musieli się rozstać. Doszła do wniosku, że jest on zbyt mało samodzielny i nadmiernie uzależniony od matki. Doceniając inne jego zalety, coraz częściej odnosi wrażenie, że ich związek zaczyna przypominać małżeństwo jej rodziców, w którym osobą zaradną, mającą cały dom na głowie jest jej mama, a tata – chociaż dobry – w niczym jej nie wspiera. Pożycie z aktualnym partnerem uświadomiło jej, jakiego towarzysza życia chce mieć przy swoim boku. Dobiegająca trzydziestki Anna ciągle jest zakochana w swoim chłopaku, z którym mieszka od dwóch lat. Ale coraz wyraźniej zauważa, że chociaż często słyszy miłe słowa pod swoim adresem i jest im w łóżku bardzo dobrze, jego realny wkład we wspólne życie jest raczej nikły. Liczą się przede wszystkim jego potrzeby i dla ich zaspokojenia stosuje wobec niej emocjonalne szantaże. Ona też wnosi większy wkład finansowy w ich wspólne życie, bo jakoś tak się składa, że on nie ma czasu na zrobienie zakupów, albo zapomina portfela, kiedy razem gdzieś wychodzą. To sprawia, że mimo żywionych do niego uczuć, jego uroku i nieodpartego wdzięku, coraz częściej myśli o zakończeniu tej pozornej idylli. Z kolei Tomek przeżywa prawdziwy dramat. Znajomość z jego dziewczyną trwała ponad jedenaście lat, z których sześć spędzili pod jednym dachem. Długo musiał ją zdobywać, co uczyniło ją w jego oczach tym bardziej cenną. Odpłaciła mu bezwarunkową miłością, troską i oddaniem. Przez wiele lat czuł się bardzo szczęśliwy, ale nie miał jakoś potrzeby legalizować tego uczucia. Od roku coś się zmieniło. Zaczął odczuwać nudę, brakowało mu innych ludzi, nowych znajomości, ponieważ jego partnerce wystarczało ich wzajemne towarzystwo. Uprzytomnił sobie, że chciałby poznać kogoś innego, przeżyć jakąś szaloną przygodę, a równocześnie ganił się za takie myśli jako nielojalne. Kiedy wyjechała służbowo, poznał inną i wdał się z nią w ognisty romans. Z tą drugą wszystko było szalone i kolorowe. Powiedział o tym stałej partnerce. Przyjęła to ze zrozumieniem i pozwoliła mu się wyprowadzić. Po czym odkręciła gaz.
I jeszcze inna historia: po dwudziestu latach konkubinatu, w którym mężczyzna wymawiał się od zostania ojcem, ponieważ z pierwszego formalnego związku miał już dwoje dzieci, pewnego dnia oznajmił, ze poznał inną kobietę i ma zamiar wziąć z nią ślub. Zabrał ze wspólnego domu nie tylko swoje rzeczy, ale także te, które kupili wspólnie i zwyczajnie odszedł. Na błagalne telefony kochającej go i bezradnej wobec tej sytuacji dotychczasowej partnerki, odpowiadał, że jest mu bardzo przykro, ale „tak wyszło”. Została osamotniona, bezdzietna, ograbiona z części wspólnego dorobku, ale przede wszystkim z poczuciem ogromnej krzywdy, straconych lat, z ciężką nerwicą i poczuciem beznadziejności swojego losu.
Można zatem zauważyć, że ocena konkubinatu nie jest jednoznaczna. Z jednej strony układ tego typu ma swoje dobre strony, pozwala bowiem dostrzec w trakcie wspólnego pożycia wzajemne słabości i wady. Jeśli dochodzi się z czasem do wniosku, że dłużej nie chce się już ich akceptować – choć nie bez smutku, a nawet cierpienia – można podjąć decyzję o rozstaniu, bez prawnych następstw. Doświadczenie konkubinatu czyni mądrzejszym przy następnej próbie wyboru partnera, bo wiemy już, jakie są nasze rzeczywiste potrzeby. Jest jednak także i drugi, mniej pozytywny aspekt wolnego związku. Ujawnia się, jeśli para jest już ze sobą dość długo i dla osoby mocniej zaangażowanej, rozpad tego układu pozostawia ją praktycznie bez żadnych szans na osłonę prawną.
Również dla kobiet, które w pierwszych latach wolnego związku – szczególnie jeśli są zajęte nauką, wspinaniem się po stopniach kariery – uważają ten układ za doskonały, sytuacja ulega zmianie, kiedy zbliżają się do trzydziestki lub ją przekraczają. Mogą nie mówić tego wprost, ale podświadomie pragną już bezpiecznej stabilizacji, która gwarantowała by im poczucie bezpieczeństwa. I chociaż wiemy, że ślub przed największym nawet ołtarzem nie gwarantuje trwałości małżeństwa – formalny związek daje im jednak poczucie bezpieczeństwa, choćby dlatego, że jest objęty ochroną prawa. Ponadto w tych latach ujawnia się na ogół potrzeba macierzyństwa, a w tym zakresie formalny układ – w wymiarze psychicznym i prawnym – jest również pożądany.

 

Zuzanna Celmer – psychoterapeutka
szkolenia dla firm, terapia indywidualna i grupowa,
treningi interpersonalne.