Konkurs: Słodki Dzień Dziecka z Odrą!

Konkurs rozpoczyna się 1 czerwca o godzinie 00:01 i potrwa do 11 czerwca do godziny 23:59. Do wygrania są trzy zestawy słodyczy od Odry! Wyniki zostaną ogłoszone 13 czerwca.

Konkurs: Słodki Dzień Dziecka z Odrą!

Aby wygrać wystarczy, że w komentarzu pod tym postem opowiesz…

 

Najciekawszą historię ze swojego dzieciństwa!

 

Do wygrania zestawy słodyczy:

1 miejsce: podwójny zestaw galaretek Odra, zapas sezamków i chałwy

2 miejsce: zestaw galaretek Odra, zapas sezamków i chałwy

3 miejsce: zestaw galaretek Odra, zapas sezamków i chałwy

Nie zwlekaj i zdobądź słodycze dla swojego dziecka!

Regulamin znajduje się tutaj

 

UWAGA WYNIKI!

 

  1. Magdalena Faltyn
  2. Izabela Muszyńska

 

prosimy o podanie adresu do wysyłki nagród na konkurs@obcasy.pl

Wpis znaleziono dzięki:

- Odra

- Dzień Dziecka

- Konkurs

  • Joanna

    Moje dzieciństwo przypadało na trudne lata siedemdziesiąte. Kryzys, wszystko na kartki, kolejki i puste półki. Nie wiem więc jakim cudem rodzice zdobyli dla mnie wymarzony strój krakowianki! Był taki o jakim śniłam! Miał wyszywany cekinami serdak, kwiecista spódnica kręciła się w koło, kolorowe korale błyszczały z całej mocy. Do tego zakładałam „stukające buty”, czyli półbuckiki na niewysokim obcasiku. No, teraz to już mogłam wywijać hołubce i spełniać swoje marzenia o zostaniu tancerką i przeplatać swoje tańce śpiewem do skakanki, która służyła za mikrofon! Moja wyobraźnia poszła dalej i do występów budowałam sobie scenę składającą się z czterech taboretów. Pech chciał, że taborety podczas jednego z pokazów rozjechały się, a ja zostałam ze skręconą nogą! Dziecięce marzenia o karierze
    tancerką szybko więc sobie wybiłam z głowy. Pozostał mi śpiew… I tak jest do dziś, choć moi najbliżsi nie raz mi powtarzają: to już lepiej by było, gdybyś jednak tańczyła:)

  • Monika Łapińska

    Niegdyś, gdy nadchodziły cieplejsze dni, a słonko coraz śmielej wyglądało zza chmur, wtedy na buzi pewnej 10-letniej dziewczynki z charakterystycznymi, ciut niesfornymi dwoma kucykami malował się uśmiech, i to taki od ucha do ucha, który mógł zapowiadać tylko jedno – WAKACJE U DZIADKÓW! Tak, tą dziewczynką jestem oczywiście ja. Opowiem Wam teraz o mojej ulubionej zabawie z dzieciństwa na myśl której czuje w powietrzu unoszący się zapach drewna, a która wywołuje po dziś dzień szeroki uśmiech na mojej twarzy. Pamiętam jak dziś, jaką radość sprawiały mi chwile spędzone na wsi i ten zapach, cudowny, unoszący się w powietrzu zapach drewna, wydobywający się z królestwa dziadka-stolarni, a mojego azylu. Pamiętam jak razem z moją starszą siostrą skradałyśmy się cichutko do stolarni. Za każdym razem zdradliwe, potężne drzwi skrzypiały, ale dziadziuś zdawał się tego nie słyszeć. W środku podłoga usłana miękkimi trocinami, uginała się lekko. Przy ścianie stały deski i drewniane bale w które kochany dziadek, niczym za sprawą czarów, potrafił wlać życie tworząc z nich przeróżne meble. Bardzo lubiłam obserwować jego pracę i bawić się razem z siostrą wygrzebując z trocin przeróżne, niepotrzebne już fragmenty drewna, które posługiwały nam za meble dla lalek, klocki, czy też różne stwory naszej dziecięcej wtedy wyobraźni. Dziadziuś zawsze przerywał swą pracę, by zobaczyć co nowego ułożyłyśmy z drewna, a babcia? Babcia przytulała nas mocno do siebie i przenosiła w świat najpiękniejszych opowieści, które sama wymyślała. Bajki, które tak pięknie opowiadała zna do dziś, opowiadam je swojej córce. <3

  • Monika

    Moja historia z dzieciństwa jest bardzo banalna, ale na zawsze pozostanie mi w pamięci. Jest to czas który spędzałam razem z dziadkiem, pamiętam jak dziś wspólne spacery, zabawę i jego opowieści. Ach jak bardzo chciałabym powrócić chociaż na moment do tych lat.

  • Joanna M.

    Fanfary, owacje, zachwyty, gratulacje, oklaski. Takie były w dzieciństwie mojej sławy blaski. Jak ryba w wodzie czułam się na scenie i chętnie poddawałam się jurorskiej ocenie. Godzinami śpiewałam do skakanki, sąsiadom umilałam ranki. Urządzałam koncerty w ogrodzie, grałam nawet na garnkach dzięki mamy zgodzie. W wieku 6 lat w domu kultury wystąpiłam w konkursie oiosenki, długo ćwiczyłam wszystkie dźwięki. Sama stworzyłam stylizację jak na gwiazdę przystało, ale rekwizytów do występu brakowało. Stwierdziłam: „Mamo, trzeba się wyróżnić, by zaistnieć na rynku muzycznym, ja mam plan fantastyczny”. Obowiązki domowe sprawiły, że Mama mnie o plan nie dopytała, co później sprawiło, że z wrażenia oniemiała… Kiedy na scenę zostałam zaproszona, wywołałam Mamę z publiczności i byłam bardzo z siebie zadowolona. W
    publice dezorientacja, a Mama zastanawiała się, cóż to będzie za atrakcja. Razem miałyśmy piosenkę: „Puszek okruszek” zaśpiewać, Mama miała ochotę ze sceny zwiewać. Jednak śpiewałyśmy. „Puszek okruszek, Puszek kłębuszek”- rozległo się dookoła, a ja pieska Misia wołam! Pies wskoczył na scenę i szczekaniem nam akompaniował, każdy widz naszej trójce skandował. Ja byłam szczęśliwa, chociaż nie otrzymałam nagrody, o towarzyszy (Mamę i pieska) zaprosiłam bez zgody. Mama do dziś tę przygodę pamięta i mówi, że występem była bardzo przejęta. To była chwila wspaniała, do dzisiejszego dnia przeze mnie i Mamę wspominana :).

  • Joanna M.

    Pamiętna data: 15.07.1994 r.

    Starsza pani z okna nas podglądała
    i śmiała się, jak ona się śmiała!
    Dzieci na podwórku cały tłum.
    Co się dzieje? Skąd ten szum?

    Wszyscy głowy zadzierają.
    Dzieci ze śmiechu się tarzają.
    A mnie ogarnia wielki strach!
    Co to będzie? Wielkie „trach”?

    Ja siedzę wysoko na drzewie,
    bez ruchu, żeby ratować siebie.
    Czuję, jak łamią się gałęzie.
    Niech mnie ktoś z drzewa weźmie.

    Pan Marian biegnie po drabinę.
    Patrzę z nadzieją na jego czuprynę.
    Panie Marianie, szybciej z drabiną!
    Niech już te moje męki miną!

    Starsza pani mi z okna macha,
    Ale napędziłam sobie stracha.
    Mój sąsiad się po drabinie wspina,
    ja ze strachu prawie cała jestem sina!

    Wszyscy stoją w dużym kole.
    Hurra! Hurra! Jestem już na dole.
    Były brawa, śmiechy i wiwaty.
    Nigdy nie zapomnę tej pamiętnej daty.

  • Aniela M

    To dawne dzieje, ale wspomnienia wciąż żywe i zawsze się do nich uśmiecham…
    Pierwsza klasa szkoły podstawowej, sukcesywnie poznajemy kolejne (ginące już niestety) zawody i jedna z tych lekcji, gdzie głównym bohaterem był drukarz, a dokładniej zecer. Każdy w ławce siedzi skupiony nad rządkami niezwykłych przedmiotów: przegródki, ołowiane czcionki… A wśród nas – mój tato, który pokazywał nam, jak składa się tekst, który my mogliśmy mu podyktować – było w tym coś z magii – wszyscy patrzyli, jak zaczarowani w zmieniające się rzędy liter, które… tato błyskawicznie układał – potrafiąc odczytać składany tekst jednocześnie do góry nogami i w odbiciu lustrzanym.
    Pamiętam tę radość z poznawania czegoś tak nowego, ale i dumę ze swojego Taty. Pamiętam, że po tej lekcji wielu z nas spojrzało na linijki tekstu w naszych książkach już zupełnie inaczej. A ja sama – inaczej też spojrzałam na tatę wychodzącego codziennie do pracy w drukarni:)

    p.s. W Bydgoskiej Drukarni WSiP drzewiej drukowano WSZYSTKIE podręczniki do SP, a z czasem, gdy rozszerzono
    ‚asortyment’ z tej właśnie drukarni ‚wychodziły’ np. paczki z pachnącymi od farby drukarskiej tomy „Bajarka opowiada”
    Swój egzemplarz z tamtych lat mam do dzisiaj

  • Grażyna Wolska

    W dzieciństwie moim największym zainteresowaniem była kuchnia i przyrządzane w niej potrawy. Podpatrywałam babcię i swoją mamę, jak sprytnie krzątały się po kuchni, jak niemal z niczego wyczarowywały pyszności / w czasach mojego dzieciństwa sklepy były ubogie w asortyment no i te nieszczęsne kartki też były/. Zgłebiałam wiedzę i wiedziałam np.,że rosół jest najlepszym lekiem na przeziębienie i najsmaczniejszy jest z kury kupionej na ryneczku. Pewnego dnia, kiedy moja mama zachorowała postanowiłam zrobić jej taki zdrowy rosół. Zakupiłam warzywa, kupiłam kurę i po dokładnym umyciu włożyłam wszystko do garnka, zalałam wodą i na wolnym ogniu gotowałam ze 3 godz.Zastanawiałam się dlaczego im dłużej rosół się gotuje to staje się bardziej mętny. Jak się później okazało kupiłam kurę niewypatroszoną, jedynie pozbawioną piór / niestety takie wówczas sprzedawano/i rosół „wylądował” w zlewie. Jednak chęci miałam jak najbardziej szczere.

  • Dominika Górska

    Historia mojego dzieciństwa wiąże się z tym że Dominika Górska pamięta dostępne w sklepach wyroby czekoladopodobne kupowane na kartki pamięta, a rarytasem dostępnym za dolary w Peweksie były batony Mars i czekolada z różą oraz Milka!!! Mój adres email w przypadku wygranej: rehaporadnictwo@gmail.com

  • Waldemar Łapiński

    Mój świat dziecięcych wspomnień został podzielony na dwa światy… Niestety w jednym z nich brakuje mojego ukochanego dziadka, ale nie znaczy to, że jest on gorszy… Jest może uboższy o to, co dziadek mógłby jeszcze mi przekazać, pokazać, czego mógł mnie nauczyć, ale jest moim światem wspomnień i nikt mi go nie odbierze.

    Świat moich wspomnień jest światem wyjętym z innej epoki: wśród łanów zbóż mknie taki prawdziwy sklecony z desek wóz, ciągnięty oczywiście przez równie prawdziwego konia. Wszystko pachnie… sobą… I to ostatnie wspomnienie mojego dziadka… Potem moje wspomnienia są gorące ciepłem kaflowego pieca w babcinej kuchni… I mają ciężar ogromnej pierzyny w babcinym łóżku, spod której trudno wystawić nogę.. I migoczą płomieniem świeczki stojącej na parapecie okna babcinej sypialni… Mają smak naleśników z samej mąki, wody i cukru, a smakujących najcudowniej w świecie… I chleba z musztardą – posypanego cukrem… Są ośnieżoną górką – jedyną w swoim rodzaju, bo idealną do zjeżdżania nie tylko na sankach… I mają barwę liści spadających z drzew obok babcinego domu… Są słońcem prażącym nad polem tytoniu…
    I można by tak długo wymieniać jeszcze, ale trwałoby to w nieskończoność, bo najpiękniejsze wspomnienia to wspomnienia najzwyklejszych chwil… I trzeba samemu to wszystko przeżyć, by zrozumieć…
    A dlaczego wybrałam akurat tę pozytywkę? Bo żadna inna nie ma w sobie zaklętych marzeń wszystkich dzieci: o karuzeli, którą tak naprawdę można by porównać do karuzeli życia… Tyle że będąc dzieckiem wierzymy w to, że my jesteśmy panami tej karuzeli i możemy ją opuścić czy przesiąść się na inną w każdej chwili… A jeśli nie my ją zatrzymamy to już na pewno ktoś z naszych bliskich – dorosłych… Jednym ze wspomnień z dzieciństwa jest najwspanialsze na świecie poczucie bezpieczeństwa i stabliności… I tylko takich wspomnień pozostaje życzyć naszym dzieciom :

  • Joanna Banek-Bukała

    25 lat temu (miałam 7 lat) przez przypadek moja Mama wjechała w uliczkę, gdzie był „zakaz wjazdu”. Okazało się, że jechała za nami Policja i niestety powiedzieli,że za takie przekroczenie należy się mandat. Podczas gdy rozmawiali z moją Mamą obok samochodu, otworzyłam drzwi i z wielkim uśmiechem oraz dumą na twarzy powiedziałam „a my się właśnie w szkole uczymy o bohaterach Policjantach”, po czym policjanci skamieniali, ogłupieli i powiedzieli „niech Pani postawi dziecku lody” – były pyszne! 🙂

  • Monika Pasterak

    Kiedyś jak byłam mała, miałam okolo 4 lat i mieszkałam w centrum Katowic a wiadomo iz to miasto gornicze, i nawet w piaskownicy u dzieci byl piasek o kolorze węgla. Była niedziela i tego dnia miała przyjechać rodzina z Warszawy, brat mojej mamy z rodzina i oczywiscie msmusia wystroila mnie w najladniejsza turecka sukienke i jak to zawsze jest mam siedziec w miejscu zeby sie nie pobrudzic. Niestety ja nie bylam tego typu dzieckiem zeby usiedzialo na miejscu i ruszylam w kierunku piaskownicy i wtedy przyjechal wujek z rodzina i jak mnie zobaczyl to sie wystraszyl bylam cala czarna z pylu weglowego a twarz wygladala jak twarz gornika po szychcie, jeszcze nigdy nie widzial tak brudnego dziecka bo jego dzieci jak to warszawskie dzieci myly raczki piec razy dziennie a tu zderzyl sie z taka czarna rzeczywistoscia, a jego mina bezcenna! Oczywiscie od mamy bylo lanie ( wtedy jeszcze nie bronino dawac klapsow).

  • iwonciaaa

    Najciekawsza historia z mojego dzieciństwa :)? Kiedy byłam małą dziewczynką ojciec każdego dnia uczył mnie miłości do muzyki. Nie tylko zabierał mnie na koncerty i opowiadał ciekawostki o różnych zespołach, ale też kupował płyty, których wspólnie słuchaliśmy. Bardzo szybko stałam się fanką chyba najstarszego muzycznego teleturnieju – Jaka to melodia? Tata żartował, że gdy dorosnę z pewnością wybiorę się na casting i wygram nie tylko finał danego dnia, ale też finał danego miesiąca i roku. Zaczął przygotowywać mnie do roli uczestnika, puszczając fragmenty utworów, które jak najszybciej miałam odgadywać. Wychodziło mi całkiem nieźle, dlatego Tata postanowił pochwalić się moimi zdolnościami na urodzinach mamy przy wszystkich gościach. Byłam mocno zestresowana, że coś pójdzie nie tak, dlatego któregoś wieczoru podpatrzyłam jak Tata odkłada płyty z których będę przepytywana. I tym oto sposobem nauczyłam się całego repertuaru na pamięć. Poszłam jak burza, wszyscy byli zachwyceni, ale nie ukrywam, że nie czułam się z tym komfortowo :D!

  • Paulina

    Najciekawszą historią z dzieciństwa były pewne święta Bożego Narodzenia, gdy miałam 4 lata. Mimo, że byłam taka mała, chwilę tę pamiętam do dziś. Jak to w święta przyszedł do naszej rodziny Mikołaj. Pamiętam, że byłam zachwycona i trochę wystraszona, gdy powiedział, że dostanę prezenty dopiero jak powiem wierszyk… Jakoś coś wydukałam, posiedziałam na kolanie Mikołaja. I teraz najlepsze.. Jak Mikołaj wychodził z pokoju to zahaczył brodą o klamkę. Jakie było moje zdziwienie i śmiech pozostałej rodziny jak się okazało, że Mikołajem była moja ciocia. I nic się nie zorientowałam, a tu nagle runął cały świat małego dziecka. Jak to nie ma Mikołaja? 😀
    Paulina P.

  • Ela Ślązak

    Moje najmilsze wspomnienie z dzieciństwa związane jest z moimi Dziadkami. Pamiętam jak dziś, kiedy mój Dziadek w lecie zabierał mnie do lasu na jagody. Miałam swoją kaneczkę, do której zbierałam jagody. Większość owoców lądowała u mnie w brzuszku ale część w kance. Buzię i język miałam fioletowe zawsze. Ale najlepsze były pierogi z jagodami mojej Babci, ze śmietanką i cukrem. Do dziś pamiętam ich smak i wyciekający sok…Ach, teraz te pierogi już tak nie smakują…bo już moich Dziadków ze mną nie ma…

  • kasia1k

    Historia miała miejsce dawno temu, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Pewnego upalnego letniego dnia nagle zerwała się wichura, zaczął padać intensywny deszcz. Wiatr zaczął targać liście na drzewach, zrzucać niedojrzale jeszcze orzechy z pobliskiego drzewa. Deszcz ciął o szyby. Byliśmy wtedy z bratem u dziadków na wakacjach. Dziadkowie mieli stary domek, w którym mieszkali. Na podwórku był tez drugi – nowy dom, w którym mieszkał wujek oraz ‚wczasowaliśmy’ my. Kiedy zaczęła sie ulewa byliśmy z bratem sami w domu, drzwi wyjątkowo nie były zamknięte na zasuwę, sama nie wiem dlaczego.
    Nagle zaczął dzwonić dzwonek do drzwi. Wpadliśmy w panikę, bo raczej rzadko ktoś tam przychodził, a jeśli juz to kierował sie do domku starego, który znajdował sie bliżej bramy wejściowej. Baliśmy sie podejść do drzwi, żeby zasunąć zasuwę, baliśmy sie wyjrzeć przez okno żeby ktoś nas nie zobaczył. Wpadliśmy w panikę, wiatr i deszcz potęgowały strach. W końcu kto mógł cos chcieć w taką pogodę?? Z drugiej strony może ktoś chciał przeczekać ulewę. Kiedy zebrałam sie i wyjrzałam przez okno, nikogo nie było. Wtedy dzwonek przestał dzwonić.
    Wiatr tymczasem hulał w najlepsze, łamał gałęzie drzew, zrywał liście. To co zobaczyliśmy chwilę później na zawsze zostanie w naszej pamięci. Tunel foliowy, w którym rosły warzywa niemal odfrunął, zostały z niego strzępy. Ogromna młoda lipa która rosła tuz przy domu, została wyrwana z ziemi i stanęła korzeniami w górę.
    Tak nagle, jak się później okazało – trąba powietrzna przyszła, tak nagle wszystko się uspokoiło. Mieliśmy szczęście że byliśmy w domu. Straty były ogromne, wszyscy w okolicy to sadownicy, zawiązki owoców leżały pod drzewami. Kiedy ochłonęliśmy, pomyśleliśmy ze to może wiatr dzwonił… Nie wiem czy to możliwe. Nigdy więcej czegoś takiego nie przeżyłam i mam nadzieję nie przeżyję. Na szczecie tam gdzie mieszkałam i gdzie mieszkam obecnie, zjawiska atmosferyczne nie są tak gwałtowne. W okolicy moich dziadków, choć to wcale nie tak daleko od nas, to samo województwo, niejednokrotnie zdarzały się gradobicia latem itp. Czy wtedy też ktoś dzwonił do drzwi?? Nie wiem. Nas tam na szczecie już nie było.

  • alen300

    Historii było dużo tak jak i nas:)) …5 urwisów, ale jakich – wygadanych, rezolutnych, bojowych, koleżeńskich. Tłukliśmy się niemiłosiernie, ale jak działa się krzywda, to każdy za każdym jak w ogień. Ja i moich 4 braci. Pamiętam Boże Narodzenie, lata 80-te, mnóstwo gości przy wigilijnym stole. Kobiety w kuchni, mężczyźni w obejściu, a dzieci …. pod choinką. Bez żadnego nadzoru, zręcznie i po cichutku odpakowaliśmy wszystkie prezenty, układając jeden obok drugiego. Drobiazgi, jak to w tych czasach, ale każdy gość coś miał, ale rozpakowane:) Śmiechu i zakłopotania nie było końca, ale wesoło i pamiętamy to wszyscy chociaż minęło 30 lat:)

  • Iwona Skorek

    Moje najciekawsze wspomnienia z dzieciństwa to te, które spędziłam razem z dziadkami u nich na wsi. Wtedy dziadkowie posiadali dużo zwierząt, jak indyki, kaczki, kury, świnie, gęsi, krowy i konia. Od tamtej pory dużo się zmieniło. Pamiętam, że bardzo nie lubiłam indyków, gdyż zawsze latały za mną i mnie szczypały. A ja biedna krzyczałam, biegałam wkoło i uciekałam przed nimi, a reszta domowników nieźle się przy tym uśmiała. Nie było mi do śmiechu, ale do płaczu. Zawsze, jak wyszłam na czerwono ubrana, to nie mogłam spokojnie przejść koło indyków, zaraz się nastroszyły i leciały na mnie. Kolejne zwierzęta, które mi dokuczały, to gęsi. Podobnie jak indyki latały i szczypały, wydłużały swoje szyje i syczały na mnie groźnie. Tak bardzo tego nie lubiłam. Do tej pory zwracam uwagę na gęsi, gdziekolwiek je widzę, choć już bardzo rzadko. To są moje wspomnienia, których nigdy nie zapomnę. Teraz przynajmniej mam co wspominać z pobytu na wsi.

  • Marika

    Mając 4 latka przebywałam na podlaskiej wsi u dziadków w 1978 roku (bardzo odległe czasy) Pamiętam dziadka Władka który w zimie uczył mnie budować z drewna do pieca studnie i uczył piosenki „Głęboka studzienka, głęboko kopana”. Rozpalaliśmy razem w kuchennym piecu kaflowym i podkładaliśmy drewnami z owej „studzienki”. To jedyne wspomnienie jakie mi zostało po dziadku Władku bo kilka miesięcy potem we wrześniu podstępna choroba zabrała dziadka. Najpiękniejsze wspomnienie często wracam do tych chwil.;)

  • Paula Kowal

    Moje wspomnienia z dzieciństwa.. hm.. 🙂 Jako dziecko byłam strasznym niejadkiem. Mieszkałam z mamą i dziadkiem. Mama pracowała, więc większość czasu spędzałam z dziadkiem. Byłam pierwszą wnuczką, więc taką księżniczką dziadziusia. :D. Któregoś dnia dziadek się mnie zapytał, co bym zjadła na obiad, powiedziałam, że pampuchy ( kluski na parze ). Oczywiście Dziadziuś wziął się za robienie mi pampuchów, przygotował ciasto przykrył kocami i ręcznikami i postawił koło kaloryfera żeby mu urosło. 😀 A ja mała księżniczka, usiadłam na tym :D, bo myślałam, że dziadek uszykował mi tron żebym się grzecznie bawiła. 😀 No pampuchów nie było :D.

  • Magdalena Kocur

    Niech się zastanowię… Wiem! Zwykle zabawne i ciekawe historie z mojego dzieciństwa związane są z moim najlepszym przyjacielem z ów czasów. Z Atosem, pięknym owczarkiem kaukaskim, rudym, podpalanym. Pies jak z obrazka! A do tego łajza jakich mało 🙂 Kiedyś na wsi z rodzicami spędzałam czas. Sąsiadów tam nie było, tylko pola i staw hodowlany. Z radością kiedyś przybiegłam do mamy informując ją o tym że Atos złowił rybę. Mama w panikę, bo właściciel stawu gotów psa zastrzelić. Okazało się że pies rybę złowił, owszem… ale nie ze stawu… tylko z miski 🙂 Mama kupiła rybę dla babci 😉

  • Beata Pietrus

    Gdy byłam jeszcze dzieckiem nie kwapiłam się jakoś specjalnie do jedzenia owoców – w starciu smaków zawsze wygrywały cukierki, co nie bardzo podobało się babci. Dziadek znalazł jednak na to sposób – powiedział mi wtedy, że wszystkie owoce, to najlepsze słodycze, ale złe chochliki nie dość, że chcą żeby więcej owoców zostało dla nich, to jeszcze chcą żeby dzieciom popsuły się zęby. Po to chochliki wmawiają dzieciom, że cukierki są pyszne, a tak naprawdę to chochliki robią cukierki z ogryzków jabłek. W ten sposób dziadek przekonał mnie do jedzenia owoców i ograniczenia cukierków, a tę zdrową dietę stosuję do dzisiaj 🙂

  • Wspomnień z dzieciństwa Wam na prawdę wiele, ale opowiem Wam jedno ulubione wspomnienie mojej rodzinki z moim oczywiście udziałem. Mam młodszą siostrę o dwa lata, kiedy byłyśmy małe rodzice postanowili urządzić Nam pokój. Miejsca było mało, więc otrzymałyśmy łóżko piętrowe. Nadeszła chwila, pierwsza noc na nowych łóżkach. Wszyscy byli przejęci, obawiali się o młodszą siostrę, że może spaść z łóżka, więc pierwszej nocy wartowali pod Naszym pokojem. Mamie się przysnęło, aż tu nagle… BUUUUUM, pomyślała wtedy, że moja siostra spadła! Przybiegła do pokoju, a to jaaaaa leżałam na podłodze. Do dziś wszyscy mają ze mnie ubaw. Łóżko zostało ochrzczone i służyło Nam bardzo długie lata.

  • Wiolka Kiliman

    Z przyjaciółmi szalałam rowerem po lesie
    Cudnego miałam „składaka” niczym rumaka
    Jak to dzieci niezbyt mądre pomysły mieliśmy
    I na kierownice siadaliśmy.
    A ,że ja najmniejsza z paczki dzieciaków byłam
    To zazwyczaj kierownice ja zasiadałam
    I co za tym idzie ciągle spadałam
    Po lesie była jazda szalona…ściółka ciągle zaliczona
    Mech we włosach …szyszki na głowie
    Boże co mama w domu powie….
    Pozdzierane kolana…pewnie pupa będzie zlana
    Ach co to za dzieciństwo szalone było
    Wspomina się to bardzo bardzo miło

  • Olcia

    Moja przygoda wydarzyła się kilka lat temu, kiedy to byłam małą dziewczynką   Mieszkałam wtedy na wsi i uwielbiałam chodzić na spacery do lasu… Były wakacje, więc miałam mnóstwo wolnego czasu . Postanowiłam więc, że wybiorę się z przyjaciółmi na jagody   Całą gromadką ochoczo pomaszerowaliśmy więc do najbliższego lasu i zaczeliśmy zbierać jagódki . W pewnym momencie usłyszałam jakiś szelest… Oczywiście wszyscy byliśmy przerażeni ! Pewnie to jakieś dzikie zwierzę – popadliśmy w panikę . Ale ja od zawsze byłam odważna, więc postanowiłam to sprawdzić… Podeszłam do drzewa, zza którego dobiegały dziwne odgłosy i ujrzałam malutkiego, wystraszonego pieska… Od razu wiedziałam, że pewnie ktoś go porzucił! Długo nie myśląc wzięłam malucha na ręce i wszyscy pobiegliśmy przez łąki do mojego domu . Tam nakarmiłam biedne zwierzę a piesek od razu poczuł się lepiej… Poprosiłam rodziców o to, by zwierzątko zostało z Nami. Rodzice początkowo nie chcieli się zgodzić, gdyż mieliśmy już dwa psy. Ale potem mój upór i determinacja pokonały wszelkie argumenty rodziców i tak pies zamieszkał z Nami . Misia do dziś rozpromienia mój każdy dzień i choć ma swoje lata, to nadal ma w sobie wiele energii i radości   Ten dzień wspominam najmilej, gdyż wtedy zdobyłam wiernego przyjaciela

  • Julita Hajduk

    Najmilsze wspomnienie z dzieciństwa, to dzień, w którym dostałam od mamy kuleczki na szprychy do roweru i NOWY ROWER.
    Jeździłam
    starym składakiem, którego dostałam od siostry, brata wujka syna- no
    wiecie- od rodziny. Bo po co wyrzucać, skoro jeszcze ktoś pojeździ. No
    padło na mnie. To nic, że błotnik odpadał, naklejki się odkleiły,
    bagażnik połamany.
    Cieszyłam się, że mam rower, nie powiem. Ale czegoś w nim mi brakowało.
    Czego? Hmm.. jakby go upięknić myślałam?
    Dzieciaki z wioski, z którymi jeździłam po wsi miały na szprychach kolorowe kulki.
    Spodobały mi się, więc zamarzyło mi się, by też takie mieć <3
    Prosiłam mamę, obiecała, że kupi, jak tylko pojedzie do miasta. A że często się do miasta nie jeździło, musiałam czekać.
    Minął dzień, dwa.. mama wróciła z miasta- nie kupiła. Zapomniała. Trudno.
    Czekałam więc kolejne dni..
    Któregoś pięknego, słoneczny dnia podczas rundy po wsi zdarzył mi się wypadek.
    Jadąc
    przez żwirówkę z żywopłotu sąsiada wyskoczyła mi kura, mała, pierzasta
    kura… prosto pod moje koła… BĘC! Leże. Płacz, krzyk. Poobdzierane
    kolana, łokcie, rozbita broda, rozdarta koszulka..
    Ostatkiem sił, ciągnąc za sobą rower dotarłam do domu.
    Siadłam na schodach i płakałam, przykładając liść babki do swoich kolan.
    Babcia wyszła z domu z bandażem i wodą utlenioną, zaczęła mnie opatrywać.
    Za moment, zza winkla na podwórko wjechali rodzice. Wzięło mnie na żale i zaczęłam płakać jeszcze bardziej.
    Wiecie co wtedy przechodziłam? 8 letnie dziecko? Tragedia 😀
    Mama wysiadła z samochodu, z bagażnika wyciągnęła NOWY ROWER, śliczną damkę <3
    Ból minął w moment! Tak się cieszyłam!
    Byłam najszczęśliwsza na świecie.
    Płakałam
    ze szczęścia, skakałam, nie mogłam uwierzyć. Rundę dookoła domu
    zrobiłam. A gdy wróciłam i postawiłam rower na stopce, której w składaku
    nie miałam, mama wręczyła mi paczkę.
    Wiecie co tam było? Kulki na szprychy! KOLOROWE 😀
    Yeah!

  • Paulina Mieszczak

    A moja historia z dzieciństwa to opowieść na faktach z zawartym morałem 😀
    Kiedy było się w drugiej klasie podstawówki, nie trzeba było wiele by poczuć się ważną personą i być popularnym – wystarczyło mieć piórnik z pełnym wyposażeniem, warkoczyki z kolorowymi sznurkami albo akurat być dyżurnym na długiej przerwie. Patent był taki, że dwoje wyznaczonych dzieci zostawało zamkniętych w klasie na klucz (!) przez nauczycielkę, żeby podlać kwiatki i wytrzeć tablicę, podczas gdy reszta uczniów była obowiązkowo pędzona po korytarzu, żeby dać trochę upust dziecięcej energii. Razem z koleżanką z ławki udało nam się dochrapać tej poważnej posady, mimo że już na lekcji chciało się jej… siku. Ale co tam pełny pęcherz, nie co dzień trafia się okazja by zostać dyżurną! Minęło może kilka minut przerwy, kiedy koleżanka zaczęła już niepokojąco przestępować z nogi na nogę, a co na to ja? Ja jak to ja, posłużyłam złotą radą (tak mi już zostało do teraz), żeby… biegać w kółko wokół ławek, to na pewno się jej odechce. Nie odechciało… nim przerwa dobiegła końca, koleżanka nie dobiegła maratonu wokół ławek i popuściła. Finał sytuacji był taki, że na niej jeszcze skorzystałam – mogłam zerwać się z lekcji, żeby odprowadzić do domu koleżankę z mokrym tyłkiem, która, żeby było zabawniej, z polecenia nauczycielki wracała bez spodni, tylko w samych rajtuzach (jakby one też nie były przemoczone, skoro spodnie były…). Nie wiem, kto tamtego dnia posłużył głupszą radą – ja czy nauczycielka. A teraz czas na naukę płynącą z tamtej lekcji dla ośmioletniej mnie:
    1. Cena popularności bywa czasem zbyt wysoka.
    2. Rady innych warto filtrować, a nie ślepo je wdrażać.
    3. Z pęcherzem nie ma co się pojedynkować na wytrzymałość 🙂

  • Klaudia Lapczyk

    Od najmłodszych lat jeździłam na wakacje do dziadków na mazury. Pewnego dnia bardzo nie chciałam zjeść zupy, którą ugotowała moja babcia. A kiedyś nie było jak dziś, „nie chcesz to dam Ci coś innego! „. Babcia z dziadkiem mieli spore gospodarstwo i wiedzieli, że uwielbiam spacerować wśród kur, gęsi, kaczek. Babcia wzięła krzesełko, miseczkę z zupę i jadłam wraz ze zwierzyną. Udało się, zjadłam! Do dziś mam pamiątkę w postaci zdjęcia tego sławetnego obiadu. A teraz, kiedy widzę zupę buraczkową, pojawia mi się uśmiech na twarzy.

  • Anna Storman

    Miałam chyba z 7 lat. Pewnej niedzieli poszliśmy do kościoła. Po raz pierwszy byłam sama ze starszym bratem w kościele. Siedziałam bardzo grzecznie w ławce. Nagle podchodzi ministrant do mnie z koszyczkiem na datki, a siedzieliśmy w pierwszej ławce. Spojrzałam na niego i szybko wydukałam: „Brat zapłaci”. Wszyscy do dziś się ze mnie śmieją, a mina ministranta była bezcenna 🙂

  • Margaretka

    Mam starszą siostrę,razem spędzalysmy dzieciństwo,kłócąc się,kochając, robiąc sobie psikusy,a czasem i innym. Kiedys poszlysmy nad jezioro,mialam kilka lat,siedzialysmy na brzegu i wrzucalysmy rozne rzeczy, kamyki, trawy, długie trzciny, w koncu siostra wrzucila moj kapelusik przeciwsloneczny, ja wtedy ze zlosci zrobilam to samo z jej nakryciem glowy, probowalysmy wylowic trzciną,ale wiatr troche je zniósł i sie nie dało,poszlysmy wiec dalej, nie przywiązujac wagi do kapeluszy, w koncu jak to male dziewczynki mialysmy ważniejsze sprawy na głowie. Tymczasem ktos zauważył je na wodzie, zawolano nasza mame,rozpoczela sie panika,nerwowe poszukiwania nas, łzy…postawilysmy na nogi pół wsi,gdy wrocilysmy,mama plakala jeszcze dlugo,chyba z emocji,bura przyszla później, a my i tak nie rozumialysmy po co tyle nerwow z powodu zwyklych kapeluszy…takie to przygody mialam w dzieciństwie,jest co wspominac.

  • Wiesława Tomaszewska

    Moja najciekawsza historia z dzieciństwa? Mogłabym pisać o niezapomnianych wyjazdach w różne zakątki Polski, o cudownych wakacyjnych zabawach z rówieśnikami albo o chwilach w towarzystwie dziadków. Jednak jest jedna taka przygoda, którą zawsze opowiadałam przy okazji wspominania największych swoich dziecięcych wybryków. Historia ta związana była z pływaniem. A ja miałam jakieś trzynaście lat. Niedaleko domu mojej koleżanki przepływał strumień. W pewnym miejscu tworzył piękne okrągłe „jeziorko” jak na to mówiliśmy. Taki szerszy kawałek. Obok były drzewa i skarpa z ogromnym pniem po dużym drzewie. Latem, w gorące dni, zbieraliśmy się większą ekipą dzieciaków i chłodziliśmy się w tym „jeziorku”. Odważne, a bynajmniej za takich wśród rówieśników uchodzili, chłopaki skakali z tego pnia w sam środek strumyka. A dziewczyny podziwiały ich. Każdy taki skok to były wręcz owacje z burzą oklasków. A pewnego pięknego dnia ja postanowiłam wykonać taki skok. Chłopaki zaraz zaczęli sobie ze mnie kpić, nie wierzyli, że będę miała na tyle odwagi (teraz bym powiedziała wręcz głupoty w głowie) aby nie stchórzyć. Dziewczyny piszczały, dopingowały i mocno trzymały kciuki. Skoczyłam. Zostałam bohaterką wakacji. I zyskałam uznanie wśród rówieśników. Teraz sama jestem mamą i patrząc na swoje dzieci marzę, żeby nie miały takich pomysłów jak ja w dzieciństwie.

  • Agnieszka Maj

    Zupełnie zapomniałam o swoim dzieciństwie, ale na potrzeby konkursu poważnie się zastanowiłam, którą historię chciałabym opowiedzieć. Miałam wtedy może z 9-10 lat i spędzaliśmy całe dnie i wieczory na działce wraz z rodzicami. Razem z młodszym bratem uwielbialiśmy zabawy w sklep, bo był z tego niezły (jak dla małych dzieci) zarobek. Jako rezolutna i od najmłodszych lat przedsiębiorcza osoba, z gliny i błota lepiłam „czekoladę” wiadomo-wątpliwej jakości lub robiłam „perfumy” z zerwanych płatków kwiatów i wody. Były również „ciasteczka” z piasku i kamyków ze strumienia. Kiedy nalepiłam te wszystkie specjały zabierałam się do najważniejszego punktu programu-sprzedaży. Jako młody przedsiębiorca rozstawiałam swój sklep na ogólnej dróżce zrobiony z drewnianych skrzynek na owoce, był nawet szyld i lada z okienkiem-wykonane z pomocą taty; i zachwalałam swoje „produkty”. Miłe panie i panowie działkowcy z pobliskich działek przychodzili i czasami nawet kupowali moje wspaniałe wyroby. Pamiętam, że moje ceny były oczywiście w drobnych groszach, ale w sklepie na moim osiedlu można było nabyć cukierka owocowego za 5 groszy, a czekoladowego za 20, więc warto było sprzedawać. Czasami potrafiłam zarobić na glinianych czekoladach, piaskowych ciasteczkach i płatkowych perfumach nawet z 2-3 złote, które potem z wielką chęcią wydawałam na cukierki i lody. Biznes się kręcił!

  • Celina Kuraś

    Historia którą chcę się podzielić
    Zdarzyła się dawno, pewnej niedzieli
    Miałam wtedy lat kilka,
    Wierzyłam w bajki i złego wilka.
    Gdzieś pilnie wyjechać musiała mama
    A więc u babci zostałam sama.
    Wyszła na chwilkę, widocznie musiała
    I wtedy nuda mnie opętała.
    Dopiłam więc kompot z wiśniami
    I szklankę odnieść chciałam … ustami!
    W połowie drogi był wielki trzask
    I posypał się kryształowy blask.
    Moje ząbki to zrobiły
    Gryząc, szklankę rozkruszyły!
    Próżno zbierać szkło z podłogi
    Pierwsza myśl… w nogi !!!
    Hop przez okno, było nisko
    I za studnię , bo to blisko
    Przykucnęłam, zaraz potem
    Biegłam chyłkiem tuż za płotem
    Woła mnie stroskana babcia
    Biega po podwórku w kapciach
    A ja słysząc to wołanie
    Szybko się schowałam w sianie.
    Nie minęła chwilka mała
    A już babcia przy mnie stała!
    Wychodzę więc zapłakana
    Na karę przygotowana…
    A babcia się uśmiechnęła i powiedziała
    „Cóż, że szklanka zbita,ważne że Ty cała!”
    Nasuwa się więc morał wesoły :
    Nasze babcie to anioły !

  • Monika Chyczewska

    każda bez zasięgu

  • Kasia Wierzba

    Muszę się przenieść do świata z mojego szczęśliwego dzieciństwa,do domu,gdzie na co dzień rządziła babcia,zastępując moich pracujących rodziców.Dom który zawsze wypełniały smakowite zapachy.Na strychu z sufitu zwisały pęki suszonych pokrzyw i mięty,a obok nich bukiety rumianku i wiązki makówek.Chociaż byłam tak mała,że ledwo dźwigałam wałek,babcia Olga pozwalała mi wałkować ciasto na pierogi i zdradzała kuchenne sekrety.Zabierała mnie na wędrówki po dłoniach,zbierałyśmy kwiaty,a babcie zrywała też zioła,z których przyrządzała lekarstwa i kremy.Uczyła mnie ich nazw,właściwości leczniczych oraz zastosowania w kuchni.Dziś wystarczy,że zamknę oczy,a od razu mogę przywołać w pamięci zapach miętowego syropu,kropli walerianowych-sprawiały z połączeniem z babciną czułością,że każdy od razu czuł się lepiej.Jak wiele bym dała,by móc na chwilę przenieść się w to cudowne miejsce,móc spędzić z babcią choć jeszcze kilka chwil,objąć ją,poczuć zapach rumiankowego kremu,wtulić twarz w fałdy jej fartucha.Chciałabym jej powiedzieć,jak za nią tęsknię i jak wciąż ją kocham 🙂

  • Justyna Dąbek

    Historii z dzieciństwa pamiętam kilka ale najbardziej utkwiły mi w pamięci moje 5 bądź 6 urodziny.Mieszkałam na wsi i bardzo chciałam mieć przyjęcie urodzinowe takie z tortem i szampanem więc uprosiłam mamę, żeby mi takie zorganizowała. Byłam prze-szczęśliwa kiedy przyszły do mnie koleżanki i koledzy z sąsiedztwa obdarowując słodkościami ( czekoladkami i bombonierkami) 🙂 Pyszne prezenty schowałam sobie do barku w segmencie, żeby nikt niepowołany się do nich nie dostał. Jakież było moje zdziwienie kiedy na następny dzień po moich urodzinach zaobserwowałam podejrzane kręcenie się dzieci na naszym podwórku. Wracałam wtedy ze spaceru i widziałam jak dzieci wchodzą do mojego domu i bardzo szybko go opuszczają ściskając coś w rękach..
    Pobiegłam co sił w nogach, żeby sprawdzić co się dzieje… Okazało się, że z moich słodkości nic nie zostało!!! Mój młodszy brat jakimś sposobem otworzył barek i porozdawał moje wszystkie prezenty innym. Dzieci wybiegając z mojego domu trzymały w rekach po 2- 3 tabliczki czekolady i uciekały, żeby nikt im tego nie zdążył zabrać…Do tej pory w żartach, czasem wypominam bratu, że jest mi jeszcze winien sporą ilość czekolad 🙂

  • Justyna Dąbek

    Historii z dzieciństwa pamiętam kilka ale najbardziej utkwiły mi w pamięci moje 5 bądź 6 urodziny.Mieszkałam na wsi i bardzo chciałam mieć przyjęcie urodzinowe takie z tortem i szampanem więc uprosiłam mamę, żeby mi takie zorganizowała. Byłam prze-szczęśliwa kiedy przyszły do mnie koleżanki i koledzy z sąsiedztwa obdarowując słodkościami ( czekoladkami i bombonierkami) 🙂 Pyszne prezenty schowałam sobie do barku w segmencie, żeby nikt niepowołany się do nich nie dostał. Jakież było moje zdziwienie kiedy na następny dzień po moich urodzinach zaobserwowałam podejrzane kręcenie się dzieci na naszym podwórku. Wracałam wtedy ze spaceru i widziałam jak dzieci wchodzą do mojego domu i bardzo szybko go opuszczają ściskając coś w rękach..
    Pobiegłam co sił w nogach, żeby sprawdzić co się dzieje… Okazało się, że z moich słodkości nic nie zostało!!! Mój młodszy brat jakimś sposobem otworzył barek i porozdawał moje wszystkie prezenty innym. Dzieci wybiegając z mojego domu trzymały w rekach po 2- 3 tabliczki czekolady i uciekały, żeby nikt im tego nie zdążył zabrać…Do tej pory w żartach, czasem wypominam bratu, że jest mi jeszcze winien sporą ilość czekolad 🙂

  • Jolanta Warszawska

    Chociaż obecnie, za oknem upał mamy, tą zimową historię z bratem wspominamy. 🙂

    Dawno, dawno temu, gdy jeszcze ja ferie zimowe miewałam, to razem z
    bratem różne pomysły wymyślałam. Mieszkaliśmy w wiosce, lasem otoczonej ,
    a w czasie zimy, bardzo zaśnieżonej. Nadeszły ferie, bałwan ulepiony,
    igloo pobudowane, już takie zajęcia dla nas…oklepane Ciąganie na
    łopacie było i z górki na sankach zjeżdżało się miło.
    Wreszcie…przyszedł nam do głowy, pomysł niezwykły, pomysł odlotowy.
    Mieliśmy na podwórku dwa psy łańcuchowe, to one posłużyły by spełnić
    aktywności nowe. Do sanek zaprzężone, fajnie nas ciągały, ale dla nas
    po podwórku, to był efekt mały. Wyprowadziliśmy nasz zaprzęg na drogę,
    jak o tym pomyślę, śmiechu opanować nie mogę. Zasiedliśmy na sankach,
    psy do przodu ruszyły, ale swą trasę szybko, na drzewie skończyły. Otóż
    las w około, więc drzew nie brakowało, a nasze powożenie, na niewiele
    się zdało. Rozpędzone psy, nieco z drogi zboczyły i prosto na grubą
    brzozę wyruszyły. Każdy chciał ominąć, jeden w lewo, drugi w prawo, a
    sanki…po środku. Brawo, pieski ! Brawo ! Na szczęście zderzenie sanek
    z drzewem groźne nie było, ale od tego wstrząsu mnie i brata, w zaspy
    śnieżne zrzuciło.  
    Psy uprzęże poplątały, galimatias był niemały,
    luzem więc je puściliśmy, sanki sami ciągnęliśmy. Taka oto sanna była,
    co na brzozie się skończyła. Lecz wspomnienia pozostały, w końcu ubaw
    był niemały.

  • Ewa Mierzejewska

    Jako mała dziewczynka byłam „żywym srebrem”. Wszędzie było mnie pełno, a psocenie było moją domeną. Pewnego roku w wakacje, do sąsiedztwa wprowadziła się samotna kobieta po 40 roku życia. Nie budziła sympatii, ani wśród dzieci, ani też dorosłych. Była wiecznie nadąsana i czepiała się nas – czyli tych najmłodszych – o dosłownie wszystko. A to byliśmy za głosno, a to piłka, która wpadła na jej posesję, zniszczyła rabaty kwiatowe. Rodzice prosili nas, byśmy trzymali się od niej z daleka, jednocześnie śmiejąc się, że to stara, zgorzkniała panna, której do szczęścia brakuje jedynie kota. Letnie dni upływały na zabawach. Dni były słoneczne, badź deszczowe. Jedno pozostawało niezmienne – sąsiadka wciąż na nas krzyczała… Pewien sierpniowy dzień byłby taki jak zawsze, gdyby nie to, że podczas spaceru z reklamówki w rowie wydobywało się żałosne miauczenie. Jako rezolutna dziewczynka, wydobyłam zawiniatko, a mym oczom ukazał się piękny, malutki kociak. Niewiele myśląc psotanowiłam go sprezentować sąsiadce, która w dziecięcym środowisku zyskała ksywkę „BABA JAGA”…w końcu mama mówiła, że brakuję jej kota. Z pewną obawą, a także nadzieją czekałam pod jej drzwiami, nieśmiało w nie pukając. Kiedy mi je otworzyła zapytała co mam, a ja powiedziałam, że kotka, by jako stara panna nie czuła się samotna. Sąsiadka otworzyła drzwi, zaporosiła mnie do mieszkania, jednocześnie ocierając łzy. Było mi naprawdę głupio, gdyż pomimo tego, że byłam dzieckiem, zrozumiałam, że moje słowa były bardzo nietaktowne. Poczęstowała mnie ciastkami, nalała oranżady i wzięła ode mnie kotka. Głaszcząc go, zaczęła opowiadać mi, że nie ejst starą panną, tylko kilka lat temu w wypadku straciła jedynego synka, a także męża… zrobiło mi się naprawdę przykro i ją przeprosiłam. Ona powiedziała mi, że nic się nie stało, bo jestem tylko dzieckiem…Ku mojej radości przygarnęła kociaka, jak się okazało płci żeńskiej….Pod pozorem odwiedzenia kotka, wpadałam bardzo często do sąsiadki. Polubiłam ją bardzo, a ona mnie. Spędzałyśmy czas na pogaduchach. Z czasem sąsiadka zaprzyjaźniła się z moją mamą, a także pozostałymi sąsiadkami. Topór wojenny został zakopany… Kto by pomyślał, że ta psotna dziewczynka w dwóch kucykach, którą byłam, doprowadzi do tego, że na osiedlu będzie panowała zgoda, wzajemny szacunek, a kociak znajdzie kochany domek! 🙂

  • Aleksandra

    „Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz” mówili. Więc jako przykładna córka i uczennica przyswajałam regułki ortograficzne, ćwiczyłam dyktanda, formułki znałam na pamięć. Do dziś wszyscy w mojej rodzinie z uśmiechem rozbawienia wspominają pewne zdarzenie, gdy mimo, że z natury nieśmiała, po jednym z dyktand odważyłam się zwrócić pani nauczycielce uwagę, że się pomyliła i źle mnie oceniła. Moje „kÓra” musiało być poprawne skoro wiadomo, że „ó” wymienia się na „o”, a przecież kóra wymienia się na kogut 😀

  • Izabela Muszyńska

    Dwumiesięczne wakacje nad jeziorem przyniosły mi pierwszą miłość 🙂
    Miał poważne zamiary wobec mnie, więc się oświadczył, dając mi pierścionek za złotówkę z jarmarku hihi.. Ja miałam 6 lat, on 5 lat,byłam w pełni świadoma swoich uczuć i zgodziłam się za niego wyjść. Wzięliśmy hiper – tajny ślub w romantycznym miejscu, niedaleko głównego śmietnika ośrodka wypoczynkowgo. Mięliśmy troje plastikowych dzieci. Wszystkie były płci żeńskiej.
    To było małżeństwo, które nauczyło mnie odpowiedzialności za drugą osobę, bo był młodszy i nierozważny. I piękna historia, którą wspominam z uśmiechem do dziś :).

  • Izabela Muszyńska

    Dwumiesięczne wakacje nad jeziorem, przyniosły mi pierwszą miłość 🙂
    Miał poważne zamiary wobec mnie, więc się oświadczył, dając mi pierścionek za złotówkę z jarmarku hihi.. Ja miałam 6 lat, on 5 lat, będąc w pełni świadoma swoich uczuć, zgodziłam się za niego wyjść. Wzięliśmy hiper – tajny ślub w romantycznym miejscu niedaleko głównego śmietnika ośrodka wypoczynkowego. Mięliśmy troje plastikowych dzieci. Wszystkie były płci żeńskiej.
    To było małżeństwo, które nauczyło mnie odpowiedzialności za drugą osobę, bo był młodszy i nierozważny. I piękna historia, którą wspominam z uśmiechem do dziś :).

  • Martyna Ogłoza

    Moja najciekawsza historia z dzieciństwa to rosa o poranku w ogrodzie mojej babci w te beztroskie lata, kiedy każdy dzień nadawał życiu sens. Pamiętam również zapach mojej babci, która gładziła po główce. Pachniała wtedy magnolią, był to zapach delikatny, ale także kobiecy i lekko kokietujący. Gdy dorosłam każda wiosną wracam do tego miejsca i delektuje się świeżością powietrza, subtelnym zapachem kwitnących kwiatów i tym czymś co mnie wtedy otacza, jakby dotyk budzącej się z zimowego snu wiosny. Dlatego chętnie też otaczam się zapachem magnolii, flakon perfum z esencja tego zapachu zawsze mam ze sobą.
    Teraz jestem dorosła, nie mieszkam już na wsi, nie mam ogrodu, jestem zabiegana i wiecznie zapracowana. Zawsze jednak, wybierając się po zakup odpowiedniego dla siebie zapachu przenoszę się w świat wyobraźni, dzieciństwa i wspomnień. Zawsze bowiem, gdy zamykam oczy to przypomina mi się dzieciństwo i wiosna. Czasy, gdy rodzice zabierali mnie i moje rodzeństwo nad łąkę, rozkładaliśmy koc i leżeliśmy patrząc na kwiaty. Pamiętam że ogród mojej babci był cały w tych pięknych kwiatach gdzie wszystkie razem tworzyły wspaniałe, kolorowe krajobrazy. Gdy patrzę na kwiaty przypominają mi się tamte czasy, pełne radości i beztroski. Po prostu piękne i niezapomniane chwile, które odeszły bezpowrotnie, bardzo szybko, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienia. Zapach wiosny to dla mnie powrót do dzieciństwa, do czasów gdy beztrosko biegałam po łące pokrytej pięknymi kwiatami. Gdy myślę o tej cudownie pięknej porze roku myślę o szczęściu, o radosnych chwilach ale też o wolności i tęsknocie. Wanilia ale również słodka mandarynka, brzoskwinia, cynamon, świeże jabłko i karmel także kojarzą mi się z wiosną i z domem na wsi mojej babci gdzie spędzałam każde wakacje. Babcia była świetną kucharką, często na podwieczorek piekła nam pyszną szarlotkę którą zajadałyśmy się ze smakiem. Zapach pysznego ciasta unosił się po całym domu. Niedaleko domu rosło drzewo brzoskwiniowe, dzięki temu mogłam cieszyć się kuszącym zapachem świeżych, słodkich brzoskwiń.A nuta wanilii kojarzy mi się z pysznymi słodkimi deserami które do dziś uwielbiam i którymi delektowałam się często podczas wiosennych wieczorów. Gdy, dziś poczuję zapach moich ulubionych kwiatów lub zapach słodkiej wanilii przypomina mi się wiosna i moja ukochana babcia, jej ciepło i troska którą mi ofiarowała.
    Zapach – przechowuje się go całe życie, jak rodzinne fotografie w albumach. Przypomina o rodzinnym domu, przyjaciołach, szkolnych latach, beztroskim dzieciństwie. Wraz z nim wracają wszystkie wspomnienia ciepłych chwil. Dom pachnący rosołem, świeżą, wykrochmaloną pościelą na sznurze schnącą, stołem na którym nawet chleb pachniał wyjątkowo do tego ściany przesiąknięte domową miłością. Kompot co gasił pragnienie i przez okno wpadające słoneczne promienie. Pamiętam zapachy dzieciństwa kojarzące się w szczególności z babcią – najwspanialszym drożdżowym ciastem czy pierogami. Wonie jabłek i gruszek na zawsze pozostaną zapachami dzieciństwa spędzonego na wsi, w maleńkim domku mojej babci, otoczonym lasami i ogromnym, ciągnącym się pod horyzont sadem.
    Latem, uwielbiam przebywać w ogrodzie gdzie dookoła otacza mnie zapach kwiatowy, lekko rześki i kuszący. Jesienią lubię zapach dyni i opadniętych liści. Zimą uwielbiam zapach mandarynek i pomarańczy które zwiastują święta oraz czas dla rodziny. Wiosną kuszą rześkie zapachy, jak zapach świeżo skoszonej trawy, zapach wietrzyka, zapach deszczu niosącego nowe tchnienie życia.
    Zapach towarzyszy nam każdego dnia, zawsze i wszędzie. Zapachy natury, zapachy potraw, zapachy perfum, zapachy kwiatów, zapachy życia, zapach słodki, gorzki, kwaśny – każdy zapach jest bardzo ważny i dla nas szczególny. Zapach powinien kojarzyć się nam z bezpieczeństwem, miłością, dobrocią, miłymi osobami, pięknymi wydarzeniami i z nami, by to na zawsze w nas pozostały w pamięci jako nasze najpiękniejsze, niezapomniane wspomnienia.
    Zapach ma dla mnie magiczną moc, bo teleportuje mnie do pięknych wspomnień i jeszcze piękniejszych, związanych z nimi chwil. Uwielbiam zapach maciejki, która wydobywa się z przydomowego ogródka moich rodziców. To dla mnie niezaprzeczalnie zapach lata i wszystkich związanych z nim beztroskich chwil. To ona – maciejka jest dla mnie synonimem bezpieczeństwa, ciepła i wszechogarniającej radości, jaka mieści się w zapachu tych liliowych, malutkich i subtelnych kwiatuszków. Już jako mała dziewczynka, a potem nastolatka, uwielbiałam te wieczory, gdy otulona kocem, z kubkiem gorącej czekolady w dłoni wpatrywałam się w gwieździste niebo, licząc gwiazdy i wypowiadając skryte marzenia. Unoszący się zewsząd zapach maciejki tak przyjemnie wdzierał się do nosa wprawiając mnie w dobry nastrój i dopełniając tę cudowną chwilę. W trawie słychać było cykanie grającego świerszcza, którego gra była pięknym akompaniamentem dla fruwających na wietrze świetlików. Zapach tak wyostrzał zmysły i przyjemnie odurzał, wywołując we mnie euforię, podobną tym świetlikom, że i ja miałam ochotę dołączyć do nich i dać się porwać temu szaleństwu! Nawet dziś, przy każdorazowej wizycie u rodziców nie mogę sobie odmówić tej błogiej chwili na altanie, aby znów poczuć tę cudowną euforię, w którą wprowadza mnie zapach tych kwiatków.
    Zapachy są w życiu tym, co z pozoru niewidoczne, nienamacalne, ale bez czego niemal nie dałoby się żyć. Bo czyż mężczyzna byłby tak pociągający bez zapachu? Czy jedzenie bez aromatów smakowałoby tak samo? Czy pobyt nad morzem na rozgrzanej plaży pozbawiony swej charakterystycznej woni wprawiałby nas w taki sam cudowny, pełen błogości stan? Jestem pewna, że nie.
    Dlatego warto uzmysłowić sobie jak ważne są zapachy, które nas otaczają.
    I wreszcie zapach to taki katalizator albo nawet niemal maszyna teleportująca nas w miejscu i czasie. Na pewno nieraz zdarzyło się Wam poczuć jakiś zapach, który od razu wywołał jakieś wspomnienie, przypomniał konkretną osobę, sytuację, miejsce.
    Długo zastanawiałam się o czym napisać, bo dużą część dzieciństwa spędziłam dziadkami i to ich dotyczy cała masa wspaniałych,zapachowych wspomnień. Babcine ciasto z prodiża z poziomkami zebranymi na działce, spacery z babcią na łąkę i suszenie zebranych tam ziół, mała lepianka będąca wędzarnią dziadka, z której przychodził zawsze pachnąc tak smakowicie. Takich wspomnień z dzieciństwa, urywków, obrazów jest całe mnóstwo, czasem o nich pamiętam, o niektórych dawno zapomniałam, ale gdy czasem poczuję jakiś dawno zapomniany zapach, czuję mrowienie na plecach i mam takie dziwne wrażenie, że skądś to znam…
    Jednak najwspanialszym wspomnieniem z dzieciństwa jest wspomnienie… pościeli. Tak, tak… takiej pościeli i takich zapachów nie czułam bowiem od wielu, wielu lat i chyba nigdy już się nie poczuję tak , jak wtedy. I nawet jak teraz o tym piszę, to kręci mi się w oku łza… Powiecie – to co to była za pościel? Ano właśnie – zwykła, biała, czasem z jakimś haftem, czasem wstążeczką, sztywna, krochmalona, pachnąca czystością, mydłem.

    • Kasia Kocjan

      Pani Martyno, splagiatowała pani część mojej pracy. Zgłosiłam to do organizatora. Czy zdaje sobie pani sprawę, że plagiat jest kradzieżą i podlega odpowiedzialności karnej?

    • Kasia Kocjan

      Pani Martyno, zgodnie z regulaminem konkursu „zgłoszenie Pracy Konkursowej jest równoznaczne z oświadczeniem Uczestnika Konkursu, że przysługują mu wszelkie prawa własności intelektualnej do Pracy Konkursowej, w tym wyłączne prawa autorskie osobiste i majątkowe, jak również, że Praca Konkursowa jest przejawem oryginalnej, własnej twórczości Uczestnika, nie była dotychczas nigdzie publikowana, jak również nie jest obciążona prawami osób trzecich i nie narusza praw osób trzecich”. Pani dokonała plagiatu mojej pracy, co zostało już zgłoszone Organizatorom.

  • Marianna Miedzinska

    Każdego roku zaraz po ostatnim szkolnym dzwonku i odebraniu świadectwa w domu było wielkie pakowanie i rodzice wywozili nas najczęściej na całe dwa miesiące do ukochanych dziadków. Tam zabawom nie było końca. W sadzie wspinaliśmy się na wiśnie i jabłonie by pomagać zrywać owoce, z których Babcia później przygotowywała dla nas smakołyki. Do dziś pamiętam zapach szarlotki wysadzanej z pieca czy kruchego ciasta z wiśniami i ogromną ilością kruszonki. Zawsze jedliśmy jeszcze gorące, parząc języki 🙂 Trzy razy dziennie staliśmy z garnuszkami czekając cierpliwie na cieplutkie mleko prosto od krowy. Śmialiśmy się do rozpuku, gdy któryś zrobił wąsy. Na najwyższych drzewach w sadzie robiliśmy swoje „bazy”, do których dorośli nie mieli dostępu. To tam ukrywaliśmy swoje skarby i dzieliliśmy się największymi sekretami. Przez całe dnie zabawom nie było końca: podchody, granie w piłę, klasy czy gumę. W sadzie chowaliśmy się pośród drzew. A gdy coś spsociliśmy chowaliśmy się w stodole w kupie siana, tak aby nas Dziadek nie mógł znaleźć. Uwielbiałam karmić butelką z mlekiem małe owieczki czy poić małe, żółte, puchate kurczaczki.:) Nie było dla nas złej pogody. Gdy świeciło słońce biegliśmy nad pobliskie jeziorko kąpać się. A gdy padał deszcz wkładaliśmy kalosze i wesoło biegaliśmy po kałużach. Gdy pogoda pozwalała spaliśmy w namiocie, a gdy padało przenosiliśmy się do stodoły na siano 🙂 Nie mieliśmy komputerów, tabletów czy smartphonów, więc niemal całe dnie spędzaliśmy na świeżym powietrzu. Nigdy nam się nie nudziło a dzień zawsze kończył się zbyt wcześnie. Te dwa miesiące bardzo szybko mijały a my kolejne 10 miesięcy z utęsknieniem czekaliśmy na następne. Pewnego lata trafił się dość deszczowy tydzień. Niemal cały spędziliśmy w stodole wymyślając różne zabawy, opowiadając straszne historie czy bawiąc się w chowanego w kupie siana. W pewnym momencie kuzyn Zbyszek stwierdził, że robi się chłodno więc napalmy ognisko. W kilka minut w płomieniach stanęła niemal cała stodoła a my uciekliśmy do domu pod pretekstem zimna. Dobrze, że Dziadek doskonale nas znał i wiedział po naszych minach że coś zbroiliśmy. Tylko dzięki jego czujności i szybkiej reakcji stodołę udało się uratować.
    Kara była dotkliwa – razem z kuzynostwem zostaliśmy odesłani do domu na resztę wakacji.

  • Maria Gwiazda

    Z koleżanką Danusią udałam się do jej domu aby się pobawić. Jej mama zaczęła nas pytać czy nie jesteśmy głodne, ja odpowiedziałam, że nie, bo jadłyśmy jabłka w ogrodzie. Troskliwa mama koleżanki postanowiła nas nakarmić. Spytała się mnie co ja lubię jeść na podwieczorek, więc powiedziałam że wszystko co słodkie. Mama koleżanki poczęstowała nas chlebem posmarowanym śmietaną i posypanym grubo cukrem. Takiego rarytasu nigdy nie jadłam. Całe szczęście , że mama koleżanki wyszła, więc ja czy prędzej schowałam ten przysmak pod kanapę na której siedziałam. Więcej do koleżanki już nie poszłam, bo było mi wstyd, że tak zrobiłam. Pomimo, że uwielbiałam jeść wszystko co słodkie to przekonałam się, że chleba ze śmietaną i cukrem NIE.

  • Emilia Grzonkowska

    Odpowiem nieco przewrotnie, bowiem takową mam naturę, mianowicie całe
    moje dzieciństwo było niezwykłym, ciekawym etapem w moim życiu…jedną
    wielką inspirującą podróżą. Nigdy nie śmiałam się tak głośno i ów śmiech
    nie był tak dźwięczny, jak w czasach mego dzieciństwa „sielskiego,
    anielskiego”. Każda przygoda nawet z pozoru nie bardzo interesująca,
    urastała do rangi megawydarzenia, każdy pobyt u babci-wiązał się z
    niekończącym się pasmem szczęśliwych chwil, kiedy to każdy dzień
    przynosił superniespodzianki. Dzięki bogatej wyobraźni (co czasem
    doprowadzało rodziców do palpitacji serca) praktycznie rzadko się
    nudziłam…nasz przydomowy ogród był dla mnie niekończącym się źródłem
    natchnienia do zabaw wszelakich. Wraz z kuzynostwem przemierzaliśmy
    lokalne drogi i dróżki na rowerkach i wówczas, wydawało nam się, że nikt
    i nic nie ogranicza naszego dzieciństwa. Toteż trudno wskazać konkretną
    historię, było wiele takowych, które zapisały się we wdzięcznej pamięci
    mego serca…np. ta, kiedy porozumiewając się na migi, kupowałam lody
    od sprzedawcy nad Balatonem, a on od razu pojmował, o który rodzaj mi
    chodzi, albo kiedy z tęsknoty za śniegiem, pod nieobecność rodziców (a
    pod nadzorem babci) rozpruliśmy poduszki i „taplaliśmy się” w pierzu,
    co skończyło się z powodu nieustannego kichania i łzawienia oczu na
    pogotowiu. Tak, te lata to była swoista magia, wystarczyło zanurzyć się w
    ramionach jednego z rodziców i wszelkie problemy znikały jak za
    dotknięciem czarodziejskiej różdżki… . Czasem choć na moment
    chciałabym znowu mieć te 10 lat… .

  • Teresa Bobrowska

    Jajecznica ze szczypiorkiem to moje ulubione danie,
    które w mig połykam na śniadanie!
    Jestem roześmiana już od samego rana,
    bo zapach jajecznicy po całym domu się unosi,
    do wspaniałych czasów mnie przenosi,
    wyjątkowe chwile mi przypomina,
    to wyśmienity smak dzieciństwa którego się nie zapomina.
    Dawno temu moja mama na śniadanie tą potrawę mi przygotowywała,
    już na sam widok w marzeniach się rozsmakowywałam.
    To prawdziwy raj dla podniebienia który uśmiech na twarzy do dziś wywołuje,
    sprawia, że każdy dzień od świtu aż do zachodu słońca wyśmienicie smakuje!

  • Martyna Ogłoza

    RWygralam w konkursie,a ktoś podszywa się pod mnie. Kiedy dostaje moja nagrodę?